Rozdział III "Powrót do przeszłości"
.
>>
piątek, 21 listopada 2008
18:38:42
"Miłość jak nasienie leśne z wiatrem
szybko leci, ale gdy
drzewem w sercu wyrośnie, to chyba tylko razem
z sercem wyrwać może"
H.Sienkiewicz.




„ Czym jest historia? Echem przeszłości odbitym przez przyszłość. Odblaskiem przyszłości rzuconym w przeszłość.”
Victor Hugo




Hermiona odwróciła się pospiesznie i ku ogromnemu zdziwieniu jej brązowym oczom ukazał się młody, bardzo przystojny mężczyzna. Stali tak w bezruchu patrząc z zaciekawieniem na siebie nawzajem. Dziewczyna jednak prędko oprzytomniała.
-Tak, to ja-wydobyła z siebie dość niepewnie czekając bacznie na reakcję nieznajomego. Na jego zaś twarzy ukazał się lekki uśmiech, który z każdą upływającą sekundą bardziej się pogłębiał. Hermiona przyglądała mu się z coraz większym zainteresowaniem. Nie miała pojęcia, czego może od niej chcieć i dlaczego tak mocno się do niej uśmiechał?
-Czy my się znamy?- Zapytała wreszcie tajemniczego osobnika.
-Oczywiście.
Oczywiście? OCZYWIŚCIE?! Co on mówi?! Przecież widzę go
po raz pierwszy raz w życiu!- Myślała gorączkowo dziewczyna.
Mężczyzna widząc, iż jego rozmówczyni nie wykazuje zbytnich chęci do ciągnięcia z nim rozmowy powiedział:
-Hermiono...to ja.
-Że c...-urwała. Spoglądając w jego czarne jak granit oczy olśniło ją. Szczęka jej opadła. Do oczu napłynęły łzy. Chciała coś powiedzieć, lecz nie dała rady. Bez słowa rzuciła się w
szerokie ramiona mężczyzny, tuląc się do niego tak mocno jak tylko zdołała.
-Nie wierzę...-Wyszeptała po chwili cała zalana łzami.
-To uwierz-odpowiedział czarnooki, którego policzki również zamoczyły krople łez.
Dziewczyna oderwała się od niego i ujęła jego twarz w dłonie.
-Ethan...jak ja się cieszę!
-A pomyśl jak ja!
-Choć- Chwyciła go za dłoń i pociągnęła ku drzwiom frontowym od domku. W środku zasiedli przy stole. Chwycili się za ręce i w milczeniu patrzyli na siebie. Hermiona nadal płakała, nie mogła zahamować tego jakże ludzkiego odruchu. Na twarzy Ethana malował się zaś głęboki i szczery uśmiech. Jakby czekał na tę chwilę bardzo długo i z utęsknieniem.
-Hermiono...nic się nie zmieniłaś- Stwierdził podziwiając burzę lśniących loków na głowie
dziewczyny, pięknych jak niegdyś. Spoglądał w jej brązowe przepełnione radością oczy i cieszył się na duszy.
-Ale ty za to nie do poznania-wyszeptała pociągając nosem. Chłopak uśmiechnął się.
-Jak to się stało, że ty...kiedy się obudziłeś?
-Ponad rok temu...kiepsko ze mną było- przyznał-Ojciec umieścił mnie w Bułgarskim ośrodku po wypadkowym dla czarownic i czarodziei. Zadupie jak nie wiem co,
prawie całkowicie odcięte od świata, ale przynajmniej mi pomogło.
-A jak mnie znalazłeś?
-Gdy doszedłem do siebie ojciec dał mi twój adres.
-Mogłam się domyślić, czasami widuję go w pracy.
-Pracujesz w Ministerstwie?- spytał zaciekawiony.
-Tak.
-Ale przecież chciałaś być aurorem...
-Tak wyszło-Hermiona wyraźnie posmutniała.
Ethan zauważył to i chcąc zmienić szybko temat rozmowy zaczął rozglądać się po pomieszczeniu w poszukiwaniu nowego, daleko odbiegającego
od aktualnego. Jego wzrok padł na niebieską ramkę na zdjęcia stojącą na kuchennej szafce.
-Kto to?- Wskazał na małą dziewczynkę z fotografii.
-To? Zoe Lynn moja córeczka- Uśmiechnęła się.
-Masz córkę?!- Krzyknął mile zaskoczony- Jestem wujkiem!
Hermiona patrzyła na podskakującego przyjaciela z uradowaniem. Tak bardzo za nim tęskniła...
-A szczęśliwym ojcem zapewne jest...- Nie dokończył, gdyż dziewczyna spuściła głowę.
-Ej, co jest? Powiedziałem coś nie tak?- Odpowiedziała mu tylko głucha cisza.
-Hermiono? Właśnie, co się stało z Ronem? Z Harrym? Ginny? Co...co z Ellie?- Pytał z nadzieją w głosie.
-Ethan...dużo się stało i zmieniło kiedy cię nie było...
-Opowiesz mi?- Spytał delikatnie.
Dziewczyna spojrzała na niego. Już chciała coś powiedzieć, gdy nagle domowe drzwi otworzyły się. Do środka weszła Roxie z małą Zoe Lynn. Dziewczynka prędko podbiegła do mamy. Ta wzięła ją na ręce i przytuliła.
-Hermiono dobrze, że jesteś-powiedziała Roxenne wchodząc do kuchni.
-Rox to Ethan Knot, a to Roxie Thompson- przedstawiła ich.
-Dzień dobry-przywitał się mężczyzna wyciągając dłoń.
-Dzień dobry- odparła blondynka podając mu swoją.
-Miło mi poznać przyjaciółkę siostry.
-Siostry?
-Siadaj-powiedziała Hermiona wskazując na miejsce obok. Rox zrobiła to posłusznie.
-Zamierzałam opowiedzieć to dzisiaj Roxie, ale niespodziewanie pojawiłeś się ty Ethanie,
dlatego opowiem wam obojgu- Hermiona mówiła powoli. Z każdym wypowiedzianym słowem przychodziło jej to coraz trudniej.
-To wszystko zaczęło się 4 lata temu i pozostawiło w moim sercu nie zatarty ślad do końca moich dni. I choć zapewne jeszcze dużo przede mną to jestem całkowicie pewna, iż nic takiego nigdy mnie już nie spotka...bo to było jedyne w swoim rodzaju...raz na całe życie...
Te wydarzenia stały się największą przygodą mojego życia...Nigdy tego nie zapomnę...-
Łzy spływały ciurkiem po morelowych policzkach Hermiony mocząc jej kremowy golf.
-Swą opowieść rozpocznę od momentu, który jeszcze pamiętasz braciszku- Zwróciła się do Ethana.
-A mianowicie od ostatniego tygodnia szkoły na szóstym roku nauki w Hogwarcie, czyli 4 lata temu...

~**~**~**~


Był jeszcze świt, wszyscy spali w swoich dormitoriach, gdy wysoko nad zamkiem, przez mgłę przedzierała się sowa. Niosła wiadomość dla pewnej dziewczyny z Gryfindoru, która całkowicie miała odmienić jej życie.
-Puk! Puk!- Hermiona obudziła się i podniosła głowę patrząc przed siebie.
Za oknem siedziała brązowa sowa, która raz po raz stukała dziobem w szybę.
Dziewczyna wstała i podeszła do niej, uchyliła okno i wpuściła ptaka do
środka. Zwierzak wyciągnął nóżkę, do której przymocowana była czerwoną
wstążką ciemna koperta. Dziewczyna odpięła ją i pospiesznie otworzyła.


Hermiono!



Za tydzień na peron King Cross przyjadę po ciebie sama.
Stanie się tak dlatego, gdyż ja i twój ojciec podjęliśmy decyzję o rozwodzie. To było nie uniknione. W związku z tym ukrócą się trochę twe relacje z ojcem ale o tym porozmawiamy jak wrócisz z Hogwartu. Tata nie chciał abym pisała ci o tym w liście ale postanowiłam, iż tak będzie dla ciebie
lepiej. Przez ten tydzień trochę ochłoniesz i gdy się spotkamy
inaczej będziesz na to patrzeć.
Mama



Hermiona poczuła silny ból w piersi przeszywający ją na wylot. Zaczęło
robić się jej słabo i kręcić w głowie. Mocno chwyciła się parapetu, aby
nie stracić równowagi. NIE! TO NIE MOŻLIWE!!!- Myślała......

c.d.n.





komentarze [3]



Rozdział II "Niespodzianki losu" >>
poniedziałek, 3 listopada 2008
15:50:02

"Miłość jak nasienie leśne z wiatrem
szybko leci, ale gdy
drzewem w sercu wyrośnie, to chyba tylko razem
z sercem wyrwać może"
H.Sienkiewicz



"Jesteśmy sami dla siebie największą niespodzianką."
Paulo Coelho



-Hermiona? Wszystko w porządku? Powiedz coś! O mój Boże!- Lamentowała przerażona Roxie. Hermiona siedziała nieruchomo na drewnianym krześle gapiąc się ślepo na kuchenne okno, nie poruszając nawet rzęsami. Roxanne także siedząca przy stole zerwała się na równe nogi i pospiesznie podbiegła do przyjaciółki. Uklękła przy niej.
-Hermiono, proszę cię! Odezwij się!
Lecz ona ani drgnęła. Ciągle wpatrywała się w okno, tylko łzy napłynęły do jej brązowych jak orzechy laskowe oczu. Zdesperowana panna Thompson chwyciła ją mocno za ramiona
i zaczęła potrząsać.
-Hermiona!!! Ocknij się!!!
Wtedy dziewczyna powolnym ruchem przekręciła głowę w stronę płaczącej.
-Dzięki Bogu!!! - blondynka przytuliła ją -nic ci nie jest!
Roxanne spadł kamień z serca. Tak bardzo wystraszyła się, iż przyjaciółce stało się coś przez jej głupią dociekliwość. Hermiona lekko wstała, sprawiała wrażenie pogrążonej w silnym transie. Spojrzała na siedzącą na dywanie, nadal zszokowaną dziewczynę.
-Muszę już iść do pracy- powiedziała słabym głosem- opiekuj się Zoe Lynn.
Po czym chwyciła torebkę i skierowała się do drzwi frontowych.
-Hermiono zaczekaj!- krzyknęła Roxie. Lecz ona nie słuchała. Złapała płaszcz wiszący na wieszaku i pospiesznie wyszła pozostawiając Roxanne zdezorientowaną i z poczuciem winy.

~**~**~**~


Zapowiadał się piękny wiosenny dzień. Przyroda budziła się do życia po zimowym śnie. Grzały ciepłe słoneczne promienie oświetlając smutną minę Hermiony. Jednak ona nie zwracała na nic uwagi. Szła ulicą, potem parkiem rozmyślając czynnie o porannej rozmowie z Roxie. To całkowicie wytrąciło ją z równowagi, co często się nie zdarzało.
Wreszcie doszła na miejsce, weszła do holu budynku. Gdy przechodziła koło recepcji zaczepiła ją Mady Madison. Była to recepcjonistka Ministerstwa Magii. Owa kobieta z wyglądu przypominała małego czerwonego muchomora, gdyż bezustannie rumieniła się bez powodu. Toteż często bywała ofiarą żartów kolegów z pracy. Jednak nie tylko żywe rumieńce były powodem porównywania ją z grzybem. Mady nosiła zawsze równo przystrzyżone,
ufarbowane, czerwone włosy. Przypominała ona Hermionie kogoś bardzo
dla niej ważnego, kogoś kogo utraciła przed laty...
Gdy tylko Madison zauważyła przechodzącą dziewczynę szybko podbiegła
do niej swoim drobniutkim kroczkiem.
-Hermiono poczekaj!- zaskrzeczała- dyrektor na ciebie czeka!
-Dobrze Mady, dziękuję-odpowiedziała wsiadając do windy.
Wysiadła na 5 piętrze. U wejścia na tablicy widniał ogromny napis:
"Dział 4- GABINET DO SPRAW NADUŻYĆ CZARNEJ MAGII "
Dziewczyna udała się prosto korytarzem na sam jego koniec gdzie znajdowało się biuro jej przełożonego. Zapukała delikatnie do drzwi.
-Proszę-usłyszała donośny męski głos dochodzący ze środka.
Nacisnęła na klamkę i weszła. Przy biurku na fotelu siedział młody mężczyzna o platynowych, blond włosach i niebiesko-stalowych oczach.
Na widok dziewczyny uśmiechnął się głęboko.
-Witaj Hermiono.
-Cześć Draco- odparła zamykając za sobą drzwi.
Malfoy gestem ręki wskazał krzesło na przeciw niego aby Hermiona usiadła.
Ta zrobiła to posłusznie.
-Właściwie, po co chciałeś mnie widzieć? Chciałeś sobie na mnie popatrzeć?-Wycedziła szybko rozpoczynając rozmowę. Malfoy zaśmiała się lekko.
-To też, ale mam dla ciebie wiadomość.
-Jaką?
-Bo widzisz...- zaczął spokojnym tonem-zarząd zdecydował, że nie powinnaś zajmować tego stanowiska na którym aktualnie się znajdujesz.
Hermionie serce zaczęło szybciej bić. Czyżby ją zwolnili? Pokręciła
głową na znak, iż nie rozumie o co mu chodzi. Draco ponownie się uśmiechnął.
-Ale dlaczego?- spytała.
-Bo...są pewni, że zasługujesz na lepsze! dostajesz awans!
Hermiona zerwała się z siedzenia ciesząc się a zarazem niedowierzając w to
co usłyszała.
-Naprawdę?! To cudownie!- wykrzyczała podekscytowana.
-Zaczniesz od przyszłego miesiąca-rzekł mężczyzna.
Na te słowa dziewczyna znów przygasła opadając powoli na fotel.
-Czemu dopiero za miesiąc?
-Bo teraz idziesz na urlop-oznajmił szukając czegoś w szafce.
-Nie prosiłam o niego-rzuciła gniewnym tonem-ja go nie chcę...
-To nie ma znaczenia- przerwał jej- to urlop przymusowy i na pewno ci się przyda.
Kobiecie opadły ręce.
-Posłuchaj...powinnaś odpocząć- powiedział troskliwie patrząc głęboko w rozżalone oczy swej rozmówczyni.
-Masz rację...to dobry pomysł-przyznała po chwili.
-Cieszę się Hermiono, naprawdę.
Draco złapał jej dłoń. Dziewczyna delikatnie odsunęła się i wstała zażenowana nieco zaistniałą sytuacją.
-W takim razie do zobaczenia w kwietniu-powiedziała próbując się uśmiechnąć.
Malfoy kiwnął głową.
-No to pa.
-Trzymaj się Hermiono...jakby co to dzwoń!- dodał na pożegnanie.
Wyszła. Podeszła do windy i wcisnęła guzik. Czekając na jej
przyjazd spoglądała na koniec korytarza, na drewniane drzwi od
biura Dracona. Myślała o szczęściu, jakie ją spotkało: o wymarzonym awansie... Choć na chwilę zdołała zapomnieć o dręczących ją koszmarach...jednak one szybko wróciły i kiedy wychodziła z budynku kazały o sobie rozmyślać.
Wracając do domu ponownie przechodziła przez park. Idąc chodnikiem spojrzała na parkowy stawek. Pływały po nim głośno kwaczące kaczki, które raz po raz wychodziły na
brzeg osuszyć swoje zamoczone pióra. Patrzyła na ludzi rzucających
chleb dla ptactwa, na szalejących beztrosko w trawie chłopca i psa oraz
śmiejących się głośno na boisku nastolatków. Tak bardzo zapragnęła znów
być w ich wieku...uczyć się w Hogwarcie, bawić się z Krzywołapem, nie
martwić się niczym i wygłupiać się z przyjaciółmi...No właśnie,
"z przyjaciółmi" na myśl o nich Hermionie robiło się cieplej na sercu
a potem ciężej. Bardzo za nimi tęskniła... Rozmyślając tak w pewnym
momencie ujrzała maleńką polankę, a na niej fiołki, piękne i młode. Dziewczyna zatrzymała się. Patrzyła na nie tęsknym wzrokiem...tęsknym za czymś co dawno już przeminęło.
Wolno zeszła z drogi i zmierzyła ku polance. Usiadła pośród kwiatów
rozkoszując się ich świeżym zapachem a jej brązowe oczy zaszkliły
się łzami. Znów wróciły wspomnienia z dawnych lat. Jakże piękne, ale też
i bolesne. Kiedy tak siedziała wśród rozkosznie pachnących fiołków
niespodziewanie usłyszała za sobą nieznajomy głos.
-Pięknie pachną prawda? a ten ich kolor!
Hermiona odwróciła pospiesznie głowę. Za nią na trawie siedziała kobieta.
Wyglądała na dosyć starą. Miała siwe włosy i twarz pełną zmarszczek.
-Tak prawda-odpowiedziała zdziwiona nie za bardzo rozumiejąc skąd wzięła
się tu owa staruszka, ona zaś uśmiechnęła się.
-Wiele się z nimi wiąże, dużo wspomnień...-ciągnęła siwowłosa.
-Mnie tak samo...
-Wiesz dziecko...czasami przydarzają nam się w życiu straszne rzeczy,
o których trudno zapomnieć i pogodzić się z nimi a jeszcze trudniej
z nimi żyć...lecz przeszłości niestety zmienić się nie da...
Hermiona zaczęła bacznie przyglądać się kobiecie. Przecież
mówiła o rzeczach, które ona przeżywała! Które czuła!
-Pa...- zaczęła, jednak staruszka zakryła palcem usta na znak, żeby nic nie mówiła. Hermiona patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, po czym odwróciła głowę i ponownie zaczęła wąchać kwiaty. Starsza pani ciągnęła:
-Istnieje jednak sposób, aby dać upust cierpieniu, choć trochę...
Hermiona zamknęła oczy wsłuchując się w słowa nieznajomej. Kobieta
mówiła z taką pasją w głosie i przekonaniem jakby nie było nic pewniejszego.
-Nie ma, co się męczyć, trzeba wyrzucić to z siebie. Zrobi ci się lżej na sercu. Naprawdę warto, przemyśl to za nim będzie za późno Hermiono…
Dziewczyna otworzyła gwałtownie oczy i odwróciła się. Za nią nikt nie
siedział...staruszka zniknęła... "Skąd ona znała moje imię? I skąd
wiedziała o..." Hermiona zastanowiła się głęboko. Nagle poderwała się
z ziemi. Już wiedziała, co ma zrobić…

~**~**~**~


Szła pewnym krokiem przez ulicę, była zdecydowana. Wiedziała, co chce i co
ma zrobić. Z każdą upływającą minutą była coraz bardziej tego pewna.
Kiedy dotarła do ogródka przed jej małym domkiem zaczęła szukać kluczy
w swej skórzanej torebce. Wtem usłyszała za sobą głos:
-Pani Hermiona Granger?
Odwróciła się...

c.d.n





komentarze [4]



Rozdział I "Koszmary"
>>
wtorek, 19 sierpnia 2008
18:42:09
Witam ponownie ;P tak jak pisałam ostatnio reaktywuję bloga.
Dodam od początku stare rozdziały bo zapewne tak jak ja wypadliście z rytmu ;) a poza tym w tym roku szkolnym czeka mnie matura no i muszę mieć trochę czasu żeby napisać dalsze rozdziały, sami rozumiecie ;* Nie zmieniam nic w treści bo wtedy to by nie było to samo opowiadanie. Może jedynie troszkę przestawię szyk, poprawię błędy albo cóś ;P
W końcu zaczynałam ponad 2 lata temu i troszkę czasu już upłynęło.
Na szczęście doskonale pamiętam jak chciałam poprowadzić tego bloga ;P
Więc zapraszam ponownie, mam nadzieję, że po raz ostatni ;) hehe.
Pokażcie, mi że chcecie tego opowiadania!!!!!!!!!!!! ;)))))))))))))


"Miłość jak nasienie leśne z wiatrem
szybko leci, ale gdy
drzewem w sercu wyrośnie, to chyba tylko razem
z sercem wyrwać może"
H.Sienkiewicz.



„Nie można swej przeszłości wyciąć, jak wycina się nieudany kadr filmu.”
Antoni Kępiński



Ponura noc. W powietrzu unosił się popiół palącego się lasu. W oddali
słychać było przeraźliwe krzyki, jęki i wołania o pomoc. Przez gęstwiny
przedzierała się młoda dziewczyna. Była brudna, poraniona i przerażona.
Utykając na lewą nogę próbowała jak najszybciej wydostać się z tej matni.
Nagle usłyszała znajomy głos:
-Hermiona!
"Tak" pomyślała a serce zaczęło jej szybciej bić. Wykończona wydusiła z
siebie resztkami sił:
-Tu jestem!
Po czym przyspieszyła kroku za głosem. Biegnąc na oślep wylądowała na
niewielkiej polance. Rozejrzała się uważnie. Było tu spokojniej niż w
lesie. Wtem krzaki na przeciwko zaczęły niebezpiecznie
szeleścić, wystraszona odsunęła się. Rośliny poruszały się coraz mocniej.
"Coś tu idzie" pomyślała, wtedy krzaki rozsunęły się i przed nią stanął
chłopak z bujną czarną czupryną i zielonymi jak szmaragd oczami. Hermiona
poczuła nieziemską ulgę.
-Harry-wydyszała ledwo żywa .
-Hermiona-rzekł szczęśliwie chłopak po czym oboje padli sobie w ramiona
-Tak się bałam-szeptała płacząc.
-Już dobrze, jestem przy tobie-pocieszał ją-nic ci się nie stało?
-Jestem obolała i ranna ale teraz jest w porządku-
Odpowiedziała łapiąc się za brzuch a kryształowa łza spłynęła po jej
podrapanym policzku. Harry uśmiechnął się przez łzy.
Nagle dookoła nich pojawiły się zielone płomienie.
Zdezorientowani zaczęli się rozglądać. Wtem za nimi odezwał się zimny głos:
-I co Potter myślałeś, że mi uciekniesz co?
-Voldemort-wysyczał zielonooki odwracając się a jego oczy zabłysły
nienawiścią
-Teraz w końcu zginiesz i ta szlama też!-wykrzyczał łapiąc za różdżkę -AvadaKa...
-Nie!!!-krzyknął chłopak odpychając Hermionę. Ta zdołała jedynie wykrztusić:
-Harry!!!

-Aaaaaaaaaa!!!-Hermiona przebudziła się. Przestraszona rozejrzała się uważnie.
Była w łóżku w swoim pokoju. Odetchnęła z ulgą. Czuła jak serce wali jej jak młot. Sapiąc ze strachu otarła chusteczką spocone czoło. Spojrzała na zegarek dochodziła 3.00 nad ranem.
-Ach...-schowała twarz w dłoniach.
-Aaaaaa!-usłyszała płacz dziecka.
-Mama już idzie!-krzyknęła szybko zrywając się z łóżka.
Weszła do sąsiedniego pokoiku i podeszła do łóżeczka. Wyciągnęła z niego dwuletniego bobasa i przytuliła do siebie.
-Już dobrze kochanie, mama jest przy tobie, już dobrze-uspokajała dziecko. Po dłuższym czasie kiedy już córeczka Hermiony zasnęła ona sama zeszła do kuchni zaparzyć sobie kawę. Ponownie zerknęła na zegarek. Było w pół do siódmej.
-Za półtorej godziny powinnam być w pracy-powiedziała do siebie
i poszła na górę przygotować się. Godzinę później ktoś zadzwonił do drzwi. Kobieta zeszła na dół i otworzyła. Na zewnątrz
stała szczupła krótkowłosa blondynka o błękitno-szarych oczach.
-Cześć Hermiono-powiedziała owa kobieta uśmiechając się szeroko.
-Witaj Roxie dobrze, że już jesteś-odpowiedziała odwzajemniając uśmiech
-Wejdz-dodała po czym obie pocałowały się w policzek na powitanie.
-Chyba się nie spóźniłam?-spytała Roxie.
-Oczywiście, że nie. Jesteś w samą porę-odpowiedziała zamyślona
Hermiona biorąc łyk kawy. Roxie uważnie przyjrzała się przyjaciółce.
Nie wyglądała za dobrze. Wyraźnie było widać, iż coś ją martwi.
Miała podkrążone oczy i była zaspana. Panna Thompson bardzo się zmartwiła.
Po chwili namysłu powiedziała:
-Użyj kremu pod oczy.
-Dobrze jak wrócę to o tym pomyślę-odpowiedziała zadumana.
Roxanne przygryzła wargę.
-Hermiono co się dzieje?-zapytała.
-Co? a nic nic-odpowiedziała szybko.
-Przecież widzę-blondynka ciągnęła.
Hermiona spojrzała na nią po czym odwróciła głowę w bok i usiadła na
drewnianym krześle przy stole.
-Prawie nie spałam. Zoe Lynn miała koszmar i płakała w nocy-powiedziała.
Przyjaciółka patrzyła na nią podejrzliwie.
-To nie wszystko prawda?-dodała po chwili.
Brunetka się zdenerwowała.
-Co to? jakieś przesłuchanie?
-Ależ nie, ja chcę ci pomóc a nie dręczyć.-powiedziała troskliwie
panna Thompson. Hermionie zrobiło się głupio. Wcale nie chciała się tak
zachować. Zwyczajnie puściły jej nerwy.
-Przepraszam, nie powinnam tak zareagować.-powiedziała.
Błękitnooka uśmiechnęła się.
-I...-dodała -masz rację...tu nie chodzi tylko o Zoe Lynn...-przerwała. Blondynka spojrzała na nią pytająco.
Hermiona spuściła wzrok. Po jej minie można było wywnioskować, iż
to "coś" co ukrywała sprawia jej straszny ból a mówienie o tym
niezwykłą trudność. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę i
zaczęła spokojnie:
-Ja...ja też mam koszmary-wydusiła z siebie.
-Jakie?.
Brunetka milczała. Roxanne nie wytrzymała ciszy i wyrwała:
-Jakie koszmary? dotyczące czego?-pytała.
Lecz bezskutecznie panna Granger nie odzywała się.
-Hermiona?-zapytała przerażona po dłuższej chwili
wpatrując się w nią. Kobieta podniosła wreszcie głowę. Roxie
spojrzała jej w oczy które szkliły się od łez. Hermiona z
wielką trudnością zdołała wydobyć z siebie słowa.
-Tu chodzi o wydarzenia z przeszłości...śnią mi się po nocach
straszne,bolesne wspomienia...-zarwał się jej głos.
Ogromne krople łez spływały po jej różanych policzkach.
Przyjaciółka podeszła do niej i przytuliła ją. Panna Thompson
wiedziała, że Hermiona ma ciężkie chwile za sobą, że w przeszłości
spotkały ją jakieś tragiczne zdarzenia. Jednak ona nigdy nie chciała
o nich rozmawiać. Roxie dziwiła się też od zawsze, iż
taka kobieta jak panna Granger jest samotną matką. Domyślała się,
że ten "zakazany" temat ma coś wspólnego z ojcem Zoe. Ale to
były tylko nie potwierdzone domysły. Korzystając z okazji,
iż skoro zaczęły już ten temat postanowiła zapytać Hermionę o
ojca jej córki.
-Hermiono powiedz...to ma coś wspólnego z ojcem Zoe Lynn?
Słysząc pytanie przyjaciółki dziewczyna znieruchomiała...

c.d.n





komentarze [8]



Reaktywacja >>
środa, 6 sierpnia 2008
14:53:55
Blog bedzie reaktywowany :)
Nie bedę jednak pisać dalej tylko zacznę od samego początku ;)
Tzn. pierw dodam od nowa stare rozdziały a potem ruszą nowe.
Już niebawem.....




komentarze [3]



... >>
piątek, 4 lipica 2008
16:18:47
...




komentarze [2]



Maybe >>
niedziela, 20 kwietnia 2008
11:35:42
.........




komentarze [4]



Może kiedyś >>
wtorek, 29 stycznia 2008
22:42:50
Sami widzicie, że sobie nie daje rady z pisaniem..... nie mam na to kompletnie czasu, nawet nie mam czasu ostatnio spać..... nie chce znowu składać pustych obietnic, ale może kiedyś wreszcie coś napisze i dodadam.
:****** Tuśka..
..




komentarze [8]



"Miarka się przebrała"
>>
środa, 14 listopada 2007
20:56:47
Dobra. Miarka się przebrała. Wiem, że dałam ciała na całej lini. Ale naprawde szkoła nie radość, tylko człowiekowi stresu i choroby przynosi.
Choć nie wiem jak, mam zamiar dźwignnąć się na nogi. Mam hmm.....ponad pół rozdziału, zostało mi do napisania jeszcze może z 5,6 stron....a może 10, nie wiem. Zależy czy sie rozpisze. Jeżeli jeszcze nie straciliście nadzieji, iż pojawi tu się kolejny długi jak mur chińki rozdział i o ile jeszcze wogóle go chcecie po tej nieziemsko długiej przerwie po prostu dajcie mi znak. Może w grudniu (mam nadzieje) na mikołajki dostaniecie prezent :P Oczywiście, jeśli byliście i będziecie grzeczni :P ..........
Tuśka






komentarze [11]



"Don't worry, be happy" :P
>>
niedziela, 2 września 2007
15:26:08
A więc tak: nie wiem co sobie pomyśleliście o poprzednim komunikacie. Z komentarzy wynika, że niektórzy uważają, że porzuciłam bloga, ALE TAK SIĘ NIE STAŁO!!!! Oznaczał on tylko "załamanie mojej wiary i możliwości" w dalsze pisanie, stwierdziłam że mało was obchodzi to co pisze. Niegdyś wielu ludzi czytało i komentowało moje bazgroły lecz później nadeszedł postój.....zauważyłam, że tak naprawde dużo osób wchodzi tu tylko dla tego, zebym ja weszła do nich..... :( Pomyślałam, że tak naprawde moje starania idą w las i.....popadłam w kryzys twórczy.....niechciało mi się pisać "bo niby po co?" skoro i tak inni mają pracę w nosie. Jednak muszę przyznać, że byłam w błędzie..... Kilka kochanych osób, weszło i zostawiło pod tym "komunikatem zawodów" ciepłe słowa pod adresem moim i mojego "dzieła" ;) zrobiło mi się naprawdę bardzo miło, dziękuję wam za to :*:* Jednakże potrzebny był mi pewnego rodzaju "mobilizator" w osobie, która od początku śledziła moje kroki i była ze mną kiedy napisałam pierwszą linijkę tekstu...... i tak też się stało.
Dziękuję ci Kamilko, żeś mi pomogła przejrzeć na oczy ;) Bo chyba pogubiłam się w tym wszystkim a ty moja droga pomogłaś mi wygrzebać się z tego "dołka". Przypomniałaś mi, że tak naprawdę robię to dla samej siebie, i że kocham pisać i kocham tego bloga oraz bohaterów jakich wykreowałam. I wcale nie ważne są ilości czytających tylko to co chcę z siebie wyrzucić , co chcę przekazać innym w każdym napisanym zdaniu. Oraz, że lepiej jest pisać dla kilku szczerych osób, którym naprawdę zależy a nie dla mnóstwa fałszerzy. Dziękuję ci za to i mam nadzieję, że cię nie zawiode, że nie zawiode was moi kochani bo wcele nie mam takiego zamiaru ;) Otóż pisze rozdział.....tak pisze go i z całego serca chce go wam podarować ;) Jedynie nie wiem kiedy się on ukarze, bo jest cholernie długi (znacie mnie ;);););)) a jeszcze nie dokończony no i przepisanie troche czasu potrwa a tu szkoła tuż tuż..... ale jednego możecie być pewni na 100% nigdy-cie-nie-zapomne wciąż istnieje i nie przestanie!!!!!!
Tuśka






komentarze [17]



Sorry
>>
poniedziałek, 16 lipica 2007
11:22:23
Hmm...nie wiem od czego zacząć... tę noitkę dodaję gdyż mylog chciał zainkasować mi bloga....
Muszę się wam przyznać, iż mam mieszane uczucia... wena co prawda mi nie dopisuje ale chyba brak mi chęci do dalszego pisania, brak mi motywacji, która pchnęła by mnie do stworzenia czegoś co miałoby jakieś znaczenie...oczywiście ten blog zawsze bedzie dla mnie czymś więcej bo w każdą linijkę tekstu wtopiłam całe swoje serce... tym bardziej mi przykro, że mi nie idzie... zauważyłam też, że was mało co on interesuje, dlatego też po prostu nie chce mi się ruszyć dupy i czegoś naskrobać. :(:( Szkoda mi tej hiostorii bo mam ją zaplanowaną co do joty, aż do końca dlatego też bloga nie zawiesze, przynajmniej narazie i może kiedyś, w tym cholernym kapitaliźmie uda mi się dodać kolejny rozdział.
Może zabrzmi to dość "dziwnie" ale bez waszych chęci nie chce mi się pisać... :( jestem od was uzależniona do cholery ;)
3majcie się i wypoczywajcie :*
Tuśka





komentarze [18]



Rozdział 14 "Reakcja łańcuchowa"
>>
sobota, 12 maja 2007
12:12:03


Witajcie moi mili :) Oto kolejny rozdział, mam nadzieje, że się wam spodoba. Jest jakby to ująć troche... „kłótliwy” ale po wydarzeniach z oporzedniej części musiała nastąpić burza.
Ten rozdział miał być o wiele dłuższy ale doszłam do wniosku, że zanim go napisze nastąpi koniec świata :P tak więc postanowiłam podzielić go na trzy krótsze i troche je ubarwnić. :)
A „Reakcje łańcuchową” dedykuję dwóm osobom, chłopakom:
Mariuszowi Hajdukowi, który ponoć mnie kocha choć nie zna mnie i na oczy nie widział, i Szarmanckiemu Wieśkowi z Mazur :) tak jak prosiłeś. :)
I to by było na tyle, miłego czytania!


"Miłość jak nasienie leśne z wiatrem
szybko leci, ale gdy
drzewem w sercu wyrośnie, to chyba tylko razem
z sercem wyrwać może"




„Nie zawsze mów, co wiesz, ale zawsze wiedz, co mówisz.”
Tiberius Claudius Nero Germanicus.




Zapadł zmierzch. Ciemność spowiła Hogwarckie błonia utulając do snu leśne stworzenia. Lśniące gwiazdy rozbłysły na granatowym niebie a księżyc oświetlił swym bladym blaskiem uśpione konary drzew. Młody chłopak biegł po kamiennej drużce nie zważając na późną porę i wszelkie zakazy. Zacięcie na twarzy, przymróżone oczy i zaciśnięte pięści świadczyły tylko o jednym. Był wściekły.
Czuł jak krew pulsuje mu w skroni a deficyt powietrza w płucach powoduje brak tchu. Nagle przystanął. Podniósł z ziemi najbliższy kamień i cisnął nim z całej siły w gładką teflę jeziora mącąc spokojną wodę. Prychnął ze złości i upadł na kolana mocząc spodnie i szaty. Wszystko straciło dla niego znaczenie. Nie dbał nawet o to co się z nim stanie.
Wtem dobiegł go trzask łamanych gałęzi i szelest liści. Odwrócił się i dostrzegł, że znalazł się na skraju Zakazanego lasu. Przełknął głośno slinę. Obleciał go strach. Odgłos nasilał się. Sparaliżowany błądził wzrokiem w ciemności nie potrafiąc racjonalnie zanalizować sytuacji, w której się znalazł. To „coś" zbliżało się nieubłaganie a on nie mógł ruszyć się z miejsca. Krzaki rozstąpiły się.
-Ron!

-Hagrid!-zawołał rudzielec łapiąc się za serce-wystraszyłeś mnie!
-A ty mnie-odparł olbrzym-co ty tu robisz?

-A ty?
-Przecież jestem gajowym-powiedział jakby nie było na świecie nic

bardziej oczywistego.
-A no tak-Ron zmieszał się-zapomniałem.
Hagrid zmarszczył brwi.
-Nie za późno na spacer?-kucnął obok niego.

-Straciłem rachubę.
-Ach tak-przyznał zaniepokojony-i pewnie nie chcesz wracać?

-Nie.
Olbrzym pokiwał głową.
-Dobra wstawaj, idziemy do mnie.

Ronald spojrzał na niego ździwiony.
-No już-ponaglił go-przecież nie będziesz tu spał.

Chłopak dźwignął się na nogi. Hagrid podał mu lampę i obaj ruszyli w stronę drewnianej chaty.

~**~**~**~


Ellie wbiegła prędko po kamiennych schodach i otwarłszy delikatnie drzwi weszła do dormitorium. W pokoju panował półmrok. Oświetlała go tylko mała lampka ustawiona na etażerce Hermiony. Ell podeszła so jej łóżka i uśmiechnęła się na widok pogrążonej w błogim śnie przyjaciółki. Cieszyła się, że przynajmniej w tym stanie odnalazła spokój.
Sięgnęła ręką by zgasić lampkę i niezauważywszy stojącego obok pudełka strąciła je na podłogę. Natychmiast schyliła się po nie i podniosła obracając w dłoni. Było małe, z odkręcanym wieczkiem i znikomą plakietką „TABLETKI NASENNE". Dziewczyna westchnęła odkładając je na miejsce.
-Czasem mugolskie leki się przydają-przyznała.

Wtem do pokoju wbiegła rozanielona Lavender trzaskając drzwiami z łoskotem.
-Ciszej-skarciła ją Ell-Hermiona śpi.

Jednak po chwili uświadomiła sobie, że skoro panna Granger zażyła tabletki to będzie spała twardo jak niedźwiedź aż do południa i nawet strzały z armaty jej nie obudzą.
Lavender jak szlachcianka ruszyła dostojnym krokiem w stronę swego posłania i z niemiejszą gracją zasiadła na nim wzdychając namietnie. Ellien zmarszczyła brwi i stanęła nad nią krzyżując ręce na piersi.
-Co ci się stało?-spytała.

-Jestem chora...
-Chora?!-blondynka usiadła z wrażenia- i mówisz to tak spokojnie?!

Lavender zaśmiała się.
-Doprawdy Ell, rozbrajasz mnie.

Panna Johnson złapała się za głowę. Nic nie rozumiała z zachowania współlokatorki, zachowywała się jak jakaś obłąkana.
-No już, nie zamartwiaj się tak-brunetka szturchnęła ją z rozbawieniem-nie wiedziałam, że tak leży ci na sercu moje zdrowie...

-Tobie najwyraźniej wcale na nim nie zależy.
-Oj daj spokój, oczywiście, że zależy-ponownie się zaśmiała-po prostu jestem chora z miłości...-uśmiechnęła się.
Ellien załamała ręce, wyznanie Lavender ją dobiło.
-Czy ty jesteś nienormalna?! Nie można tak straszyć ludzi!

-Sama się zdenerwowałaś-stwierdziła-ale w sumie to było nawet zabawne.
-A więc to moja wina?! A ty tylko bawiłaś się moim kosztem!

-Uspokój się, złość piękności szkodzi...
Ell prychnęła ze złości, tego było już za wiele.
-Odwracasz kota ogonem!-zawołała zrywając się z łóżka i podchodząc do okna.

Lavender westchnęła.
-Oh Ellie, nie dąsaj się.

Lecz ona stała niewzruszona z twarzą wlepioną w szybę.
-Nie zapytasz nawet w kim się zakochałam?

-Pewnie w Deanie, ponoć to twój chłopak-odparła oschle.
Lavender machnęła ręką.

-Dean Thomas to już przeszłość-oznajmiła spokojnie jakby wcale nie obeszło jej rozstanie z owym delikwentem.
Ellien spojrzała na nią z ogromnym ździwieniem.
-Przecież bardzo go kochałaś...

-Było, minęło...-rzuciła obojętnie-irytowało mnie jego obsesyjne zamiłowanie do imtymności.
Ell pokręciła głową, jej koleżanka nie miała bladego pojęcia co to miłość a wskaźnik jej zauroczeń zmieniał częstotliwość tak często jak dzień mijał się z nocą.
-Zapytasz wreszcie kto podbił moje serce?

-No kto?
-Blaise Zabini.


~**~**~**~


Młody chłopak siedział skulony przy jarzącym się kominku ogrzewając zmarźnięte ciało. Opatulony szczelnie kraciastym kocem spoglądał bez wyrazu w płonący ogień i zastanawiał się jak mógł dopuścić do tak nieciekawej sytuacji.
Nagle bżdęk tłuczonej porcelany wyrwał go z zamyślenia. Odwrócił się i ujrzał Hagrida schylonego nad stłuczoną filiżanką.
-Opsnęło mi się, holibka.

-Poczekaj Hagridzie, pomogę ci-powiedział po czym podniósł się i podeszłszy do niego zaczął zbierać potłuczone szkło.
Olbrzym odssunął się i usiadł cięzko na drewnianym krześle. Ron wyżucił pozbierane odłamki i spoczął naprzeciw niego.
Zapanowała niezręczna cisza. Żaden z mężczyzn nie wiedział jak się odezwać. Ronald wpatrywał się w blat dębowego stołu z uporem maniaka a Hagrid zerkał na niego nerwowo głaszcząc od czasu do czasu swoją długą brodę. Był pewien, że wydarzyło się coś niedobrego. Złe przeczucia nie chciały opuścić jego zaprzątniętej głowy.
-Może herbaty?-zagadnął niepewnie.

Weasley skinął głową. Rubeus chwycił dzbanek i nalał mu czubatą filiżankę podsówając pojemnik z cukrem. Rudzielec objął kubek w obie dłonie wpatrując się w jego zawartość.
-Wiesz Hagridzie...okropnie się czuje-wyznał.

Mężczyzna pochylił się ku niemu.
-Co się stało?

-Dużo...o wiele za dużo...
-Mnie możesz powiedzieć...

Ron podniósł na niego wzrok. Jego oczy raziły pustką i mieniły się od łez.
-Jestem głupi Hagridzie...

-Nie mów tak...
-Ale to prawda!-zawołał-okłamali mnie a ja im ufałem!

-Kto taki?
-Harry i Hermiona!-łzy spłynęły po jego piegowatym policzku.

Hagrid otwarł usta lecz nie zdołał wydobyć z siebie ani słowa.
Jak Harry czy Hermiona mogliby kogoś oszczukać?! A zwłaszcza Rona?! To niemożliwe...
Ronald otarł słone krople i pociągnął nosem.

-Nie chce się wierzyć co?-rzucił rozżalony-ja też na początku nie mogłem... święty Potter i Hermiona-prychnął-zakonnica od siedmiu boleści, niezłe wyszło z niej ziółko-dodał z sarkazemem.
Hagrid poderwał się gwałtownie.
-Opanuj się!-krzyknął obużony słowami chłopaka-to twoi przyjaciele!

-Już nie! Przestali nimi być kiedy mnie zdradzili!
-Zdradzili? Zastanów się co mówisz! To poważny zażut!

-Ale właściwy!-wrzasnął uderzając w stół i rozlewając nań herbatę.
Rubeus z trudem powstrzymał się przed kolejnym wybuchem. Wiedział, że krzykami niczego nie załatwi a wręcz przeciwnie pogorszy i tak już napiętą sytuację. Odwracając się od niego też nie pomoże, tylko stanie się współwinny nie zaradzając problemowi. Był świadom, że trzeba za wczasu leczyć świeże rany aby nie zabliźniły się w sercu nie pozostawiły nieodwracalnych skutków na całe życie.

-Ron...-zaczął najspokojniej jak potrafił-nie wiem za co masz do nich żal ale pomyśl...to przecież Harry i Hermiona...
Chłopak oparł się bezsilnie o krzesło. Jego oczy znów zaczęły wypełniać się łzami.

-Ten sam Harry, którego poznałeś sześć lat temu-ciągnął Hagrid-twój najlepszy przyjaciel...ten sam, który grał z tobą w szachy, jeżdził na wakacje, wspierał...
Ron złapał się za głowę. Nie mógł znieść słów przyjaciela. Czuł jak żałość i ból ściskają mu serce.

-A Hermiona?-olbrzym zaśmiał się przez łzy-zawsze pomocna, oddana, niesłychanie mądra...czasem zarozumiała ale kochana...-otarł zmoczone policzki. Wspomnienia dorastania tych dwojga i minionych lat wywoływały u niego wzruszenie.
Ronald również płakał. Słone krople spływały ciurkiem po jego zaczerwienionych policzkach kapiąc na umorusanął błotem koszulę. Hagrid uderzył w najczulszy punkt. Wygrzebał z najmroczniejszych zakamarków historię ich przyjaźni, to co miała dla niego ogromną wartość. Był pewien, że ich kocha. Byli ważną cząstką jego życia...jego samego, ale nie potrafił wybaczyć im zatajenia prawdy o ich związku. Złość i żal przyćmiewały nawet najszlachetniejsze uczucia, płynące z głębi serca. Ta „zdrada” jak sam określał zaistniałe wydarzenie była zburzeniem jego dotychczasowego świata, zupełnie jakby zawaliły się fundamenty, na których opierał się budynek.
-Zapomnaiłeś już o tym co was łączyło?

-Nigdy nie zapomnę! I tym bardziej mnie to boli! Tak dużo dla mnie znaczyli! Byli moją rodziną! A nie powiedzieli mi prawdy!
-Jakiej prawdy?!

-Że są parą!

~**~**~**~


Ellie chwyciła się parapetu aby nie upaść z wrażenia.
-Blaise Zabini?! Czyś ty postradała zmysły dziewczyno?!-wrzasnęła.

-Znów marudzisz...-jęknęła Lavender-on jest jak cukiereczek.
-Nafaszerowany trucizną.

-Jak już coś to słodką trucizną-poprawiła ją z uśmiechem.
Ellien spojrzała wymownie w sufit.
-Dlaczego on? Toż to diabeł wrodzony! Kompan Malfoya!

-Czepiasz się bo go nie znasz-burknęła nadąsana.
-A ty zapewne znasz?

-Byliśmy dzisiaj na schadzce-rzuciła dumnie pusząc się jak paw.
-Przecież to kobieciarz! Wykorzysta cię i porzuci!!!

Panna Brown obruszyła się rozgniewana.
-Mówisz tak bo mi zazdrościsz!!!

-Zazdroszcze?!-zakpiła Ellie-niby czego? Sługusta Voldemorta?!!!
Lavender zacisnęła pięści.

-Nie!-krzyknęła wzbużona- zazdrościsz mi tego uczucia! Motylków w brzuchu na jego widok! Tych dreszczy, które przeszywają ciało gdy on patrzy lub cię dotyka! Zazdrościsz mi zakochania!
Ellien zapowietrzyła się. Chciała zaprzeczać na zarzuty koleżanki lecz jej wywód sprawił, iż zabrakło jej słów.

-Ty tego nie czujesz-ciągnęła zawzięcie Lavender-jesteś tego pozbawiona jak sucha gałąź liści!
-Nieprawda-blondynka przemogła się wreszcie-wiem co to miłość, mam Ethana...

-Ale go nie kochasz!!!
-Skąd możesz to wiedzieć?! Jesteś jasnowidzem?! Czy może siedzisz w mojej głowie?!

-Mam oczy! Każdy głupi by zauważył, że nie czujesz do niego mięty!
-Mięty?!-powtórzyła mocno wytrącona z równowagi Ell-miętowa to jest herbata!
I nie będę dyskutować z tobą o tym co łączy mnie z Ethanem! Idź do tego swojego „miętowego” ślizgona i miętoś się z nim do poru! Ja umywam ręce!-zakończyła rozwścieczona po czym rzuciwszy Lavender oburzone spojrzenie zamaszystym krokiem opuściła pomieszczenie.

~**~**~**~


Ciepłe promienie słoneczne wdarły się przez otwarte okno oświetlając blade oblicze brązowowłosej dziewczyny. Zamruczała ona pod nosem po czym przeciągnowszy się otwarła zamglone oczy. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej chwytając się za skroń. Pękała jej głowa. Otumaniona środkami nasennymi wygramoliła się z łóżka i chwiejnym krokiem dotarła do łazienki. Oparłszy się rękoma o umywalkę odkręciła kurek. Woda trysnęła z kranu jak z gejzera. Dziewczyna natychmiast nachyliła się i przemyła zaspaną twarz. Czuła się jakby żyła w równoległym świecie. Zupełnie jakby zawiodło przyciąganie ziemskie i wszystko wirowało do okoła.
Zaciskając zmoczone oczy sięgnęła na oślep ręką poszukaując ręcznika. Wyczuwszy opuszkami palców miękkie podszycie chwyciła je i pociągnęła bez zastanowienia słysząc dźwięk tłuczonego szkła. Szybko wytarła twarz i spostrzegła rozbite flakonoki.
-Nie...-jęknęła kucając nad nimi i zatykając nos.

Woń wylanych perfum rozeszła się po łazience a była tak mocna, że aż nie do zniesienia. Dziewczyna kichając wstała i czym prędzej wyszła z pomieszczenia pozostawiając potłuczone buteleczki i ich zawartość na posadzce.
-I to ma być wabik?-zakpiła wycierając nos-chyba na muchy...

Wiedziała, że ktoś będzie musiał to posprzątać ale ona nie miała teraz na to ani siły ani ochoty. Odepchneła się od drzwi i marszcząc się z powodu narastającego bólu głowy ruszyła w stronę szafy. Otwarłszy ją na oścież wyciągnęła pierwsze z brzegu szaty i włożyła je pospiesznie. Następnie związała włosy w koński ogon, nawet ich nie rozczesawszy i chwyciwszy torbę wyszła z dormitorium.
Szła prosto przed siebie nie zwracając uwagi na co kolwiek. Po prostu szła, patrząc pod nogi jakby była pod wpływem silnego zaklęcia odurzającego. Nim spostrzegła stanęła przed wejściem do Wielkiej Sali. Nie miała pojęcia jak tu dotarła i nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Śmiało przekroczyła próg sali z trudem utrzymując równowagę.
Nagle rozmowy jakby przycichły. Przez moment zdawało się jej, że to z jej powodu, jednak szybko stwierdziła, że to nie dorzeczne. „Przecież nie jestem sławna jak Harry”-pomyśłała poprawiając torbę. Pomimo własnych zapewnień czuła dreszcze na całym ciele. Miała doskwierające wrażenie, że wszyscy na nią patrzą. Kiedy wreszczie doszła na miejce zasiadła z ogromną ulgą, podpierając twarz o ręce.
-Hermiona?-usłyszała pełne zdumienia pytanie.

Rozdrażniona podniosła powoli wzrok. Naprzeciw niej siedział zatroskana Ellie.
-Co ty tu robisz?

-Jak to co?-odparła poprawiając nerwowo włosy-przyszłam na śniadanie-wciąż czuła na sobie ciekawskie spojrzenia. Drżącymi dłońmi złapała się za głowę.
Ellien oplotła ją zaniepokojonym wzrokiem.
-Nie czytałaś kartki?-spytała.

-Jakiej kartki?
-Więc nie czytałaś...-westchnęła-zostawiłam ją na etażerce. Kazałam nie wychodzić
ci z pokoju-wyszptała z naciskiem.
Hermiona spoglądała na nią tępo. Jej słowa docierały do niej z lekkim opóźnieniem.
-Nie wiem o co ci chodzi-szepnęła próbując ukryć się pod kołnieżem szaty.
Była coraz bardziej zdenerwowana. Wtem za jej plecami zagrzmiał kpiący śmiech.
Chcąc odgonić od siebie złe myśli postanowiła zająć się czymś innym. Bez zastanowienia sięgnęła po miskę z owsianką. Odetchnęła głęboko i ledwo utrzymując łyżkę z nerwów zaczęła jeść. Nagle trafił ją w głowę zgnieciony zwitek pergaminu. Zdezorientowana podskoczyła na siedzeniu uderzając w stół i wylewając na siebie całe śniadanie. Całą salę wypełniły świsty i drwiące chichry. Dopiero teraz zebrała się na odwagę i rozejrzała do okoła. Wszyscy uczniowie świdrowali wzrokiem jej drgającą sylwetkę. Poczuła się jakby była w ukrytej kamerze. Pragnęła aby ta cała żenująca sytuacja była jedynie sennym koszmarem. Niestety wszystko wskazywało na to, ze jest wręcz przeciwnie.

-I to ma być dziewczyna wybrańca?! Toż to ciamajda!-zakpił ktoś a jego głos rozszedł się echem po sali. Uczniowie ponownie wybuchli śmiechem.
-I nie potrafi nawet jeść jak człowiek!

-Niezdara!
-Do obory!

Oczy dziewczyny wypełniły się łzami. Nierozumiała dlaczego ją obrażają. Sparaliżowana od stóp do głowy była jak pod ostrzałem. Docinki dobiegające z różnych stron uderzały w nią niczym serie z karabinu maszynowego.
-Pewnie sama wymyśliła ten związek!

-Marzył się jej awans!
-Ładnie to tak wykorzystywać przyjaciół?!

-Obłudnica!
-Potter by jej nie chciał!

-Kłamczucha!
-Kto by chciał taką niedorajdę?!

Nie wytrzymała. Zerwała się i puściła biegiem w stronę wyjścia ledwo widząc przez zapłakane oczy. W głowie szumiały jej złośliwe obelgi i śmiechy zawistnych uczniów. Chciała zapaść się pod ziemię i zniknąć raz na zawsze.
Wtem ktoś podstawił jej nogę i nim zdążyła spostrzec co się dzieje upadła z łoskotem na zimną posadzkę. Teraz do szumu złośliwości dołączyły świsty. Sala aż zawżała bawiąc się do oporu kosztem zlinczowanej uwagami dziewczyny. Hermiona resztkami sił dźwignęła się na potłuczone nogi i zakrywając usilnie uszy wybiegła za drzwi.

-I co?! Jesteście z siebie dumni?! Hę?!-zagrzmiała wściekła Ellien-zgraja żądnych łez bezduszników!-trzasnęła z impetem kubkiem w stół i obrzuciwszy zebranych morderczym spojrzeniem udała się za przykjaciółką.


~**~**~**~


Zniecierpliwiona brunetka siedziała na drewnianej ławce nerwowo potupując butem. Jej długie, proste włosy falowały lekko na wietrze a opalona twarz błyszczała się w blasku słońca. Nagle zerwała się i zaczęła radośnie wymachiwać rękoma. Po chwili stanął przed nią niebieskooki szatyn z zawadiackim uśmieszkiem na twarzy.
-Blaise!-zawołała śpiewająco-myślałam już, że nie przyjdziesz.

-Jadłem obiad.
-Aha...i co? Najadłeś się?

Chłopak zaśmiał się pod nosem.
-Tak, ale mam ochotę na deser-rzucił patrząc na nią łapczywie.

Lavender zatrzepotała zalotnie rzęsami. Blaise objął ją w pasie i ruszyli przed siebie po piaskowej drużce.
-Zaraz będą eliksiry, nie możemy odejść za daleko.

-Ja nie idę-odparł bezceremonialnie.
Dziewczyna przystanęła.

-Jak to?
-Szkoda życia na oglądanie Snape’a-stwierdził na luzie-też zostań Lavender.

-Ale...dostaniemy szlaban...-zdawała się mieć przebłyski zdrowego rozsądku.
-Co? Nie chcesz mieć ze mną szlabanu?-spytał łobuzersko, uśmiechając się pewnie.

Był całkowicie przekonany jaka padnie odpowiedź.
-Z tobą mogę mieć szlaban do końca życia-odpowiedziała z uśmiechem.

-Mądra gąska-rzucił nachylając się nad nią i całując namiętnie-a teraz idź na lekcje.
-Dlaczego?-Lavender nie kryła ździwienia-przecież chciałeś bym została.

-Chcesz się ze mną sprzeczać?
-Nie-pokręciła gorliwie głową-oczywiście, że nie...

-Więc maszeruj grzecznie do lochów maleńka.
Brunetka prawie rozpłynęła się w błękicie jego oczu.
-Dobrze kochanie, już biegnę-powiedziała posyłając mu całusa i odchodząc pospiesznie.

Blaise oparł się o stojące obok drzewo spoglądając na oddalającą się sylwetkę dziewczyny. Jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku.
-Głupia gąska.


~**~**~**~


-Hermiono! Wpuść mnie!

-Nie!
-Otwórz drzwi! Proszę!

-Nie! Odejdź!
Ellie z zrezygnowaniem opadła na podłogę. Hermiona od godziny płakała w łazience i pomimo próśb, a nawet gróźb przyjaciółki nie zamierzała z tamtąd wychodzić. Ellien nie miała zielonego pojęcia jak ją uspokoić i wyciągnąć z odosobnienia. Serce jej się krajało kiedy słuchała jej lamentów a najgorsze było to, że młoda gryfonka nie chciała nawet z nią współpracować. Nagle do pokoju wbiegł czarnowłosy chłopak. Był wyraźnie zdenerwowany i zmartwiony.
-Ell, gdzie Hermiona?-spytał ciężko dysząc.

Blondynka podniosła się i zastukała w drzwi.
-Hermionko ktoś do ciebie przyszedł. Może go zaszczycisz rozmową-po czym odsunęła
się przepuszczając chłopaka.
-Hermiona? To ja Harry, wpuść mnie...

Wtem ciche łkanie umilkło a po chwili odezwał się zachrypnięty głos:
-Odejdź Harry, zostaw mnie...

-Nie mogę.
-Dlaczego?

-Bo cię kocham głuptasie, no już otwórz drzwi...
-...nie...-załkała.

Harry westchnął.
-Wyciągnij ją z tamtąd, proszę-powiedziała zatroskana Ellien-zostawie was samych-wyszła.
Chłopak usiadł ociężale na łóżku zastanawiając się co począć. Nagle jego uwagę przykół skrawek pergaminu na etażerce. Chwycił go bez zastanowienia i zaczął czytać:


Hermiono pod żadnym pozorem nie wychodź z pokoju. Ron w napadzie złości wykrzyczał przy wszystkich, że jesteście z Harrym parą. Czekaj na mnie, jak wróce porozmawiamy.
Ellie



-O nie...Hermiona! Otwieraj!-poderwał się gwałtownie-musimy porozmawiać! Co się stało?! Kochanie otwórz!
Wtem zagrzmiał dźwięk otwieranego zamka. Po chwili drzwi się uchyliły i stanęła w nich zapłakana Hermiona. Wyglądała żałośnie. Miała potargane włosy i zapuchnięte od łez oczy.
Niespodziewanie ruszyła się z miejsca i bezsilnie żuciła się w objęcia chłopaka wybuchając żewnym płaczem.

-Cała szkoła się ze mnie śmiała! Wyśmiewali mnie i kpili! Mówili, że wymyśliłam sobie nasz związek!
Harry przytulił ją mocniej zaciskając pięści.

-Nie martw się skarbie, nie pozwolę im cię obrażać.

~**~**~**~


Ron szedł jednym z korytarzy kierując się do Wieży Gryfindoru. Miał nadzieje przejść niezauważonym aby nie musieć wszczynać konwersacji z kim kolwiek. Jednak nie było mu to dane. Nim zdążył dojść do schodów zza rogu wyłoniła się szczupła sylwetka dziewczyny, dobrze mu znanej dziewczyny. Na jej widok serce zabiło mu szybciej. Był pewien, że po wczorajszym wyskoku jest na niego śmiertelnie obrażona i minie go bez słowa. Nawet nie przypuszczał jak bardzo się mylił...
-Ty!-krzyknęła popychając go-zapewne jesteś z siebie zadowolony!

-Ell, o co ci chodzi?
-To ty rozpętałeś to piekło!

Ździwiony Ron cofnął się o kilka kroków. Ellien wręcz kipiała ze złości.
-Nie mam pojęcia o co ci chodzi-bronił się.

-Po jaką cholerę odstawiłeś wczoraj tą szopkę?!!!
-Byłem wściekły, okłamali mnie.

-Dlatego bo bali się twojej reakcji! I jak widać słusznie! Jesteś zasranym egoistą!
Chłopak obruszył się.

-Myślisz tylko o sobie! Ja to, ja tamto...nie liczysz się z uczuciami innych!
-Ty też nie jesteś święta!-wybuchł.

-Ale mam serce i uczucia! A ty swoim niedojrzałym zachowaniem doprowadziłeś do tego, że zmieszano Hermionę z błotem!
Zapadła cisza. Ron zastygł z otwartą buzią patrząc jak zahipnotyzowany na wzburzoną przyjaciółkę.
Hermionie wyrządzono krzywdę? Przez niego?

-Cały czas płacze-rzuciła drżącym głosem-obluzgano ją za związek z Harrym, o którym wszystkich wczoraj poinformowałeś!
Młody Weasley spuścił głowę. Poczuł się winny. Ellien prychnęła.

-I pomyśleć, że kiedyś wiązałam z tobą swoje plany-dodała a jej oczy wypełniły się łzami.
Ronald natychmiast na nią spojrzał, ona zaś pokręciła głową i odeszła.






komentarze [41]



"Soon" >>
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
21:47:27
Sorciak za opóźnienie ale nie wyrabiam... niebawem postaram się dodać kolejny rozdział, jestem w trakcie pisania. Więc cierpliwości :) tylko tyle moge wam narazie napisać: Patience!!! :P 3majcie kciuki, może uda mi się szybciej napisać rozdział :) Miłej majówki :*
Tuśka :)




komentarze [6]



Rozdział 13 „Prawda zawsze wychodzi na jaw”
>>
sobota, 24 marca 2007
10:19:17

O to nowy rozdział :) Mam nadzieję, że choć trochę się cieszycie. Nie będę wam tu zbytnio smęcić, chcę tylko napisać, że to chyba najdłuższy rozdział jaki naskrobałam. Zajął mi w wordzie 19 stron! Pomimo obszerności nie jest niestety taki dobry ale miałam mało czasu i starałam się jak mogłam. Ale to wam zostawiam ocenę :) Chcę też złożyć wam życzenia z okazji nadejścia wiosny :) ja osobiście ją uwielbiam i życzę wam żeby ten czas był dla was nie zapomniany i jak najlepszy:) chyba słonko mi przygrzało :P
Aha i ostatnia sprawa: czy znajdzie się ktoś tak miły, żeby poświęcić trochę czasu i zrobić mi szablon na bloga? Ja wielokrotnie próbowałam ale mi nie szło... :( więc jeżeli ktoś mógłby wyświadczyć mi taką przysługę byłabym ogromnie wdzięczna J proszę o wiadomość pod notką w komentarzach. No a teraz czytajcie :)


09.04.2007r.








Kochani z okazji Świąt Wielkanocnych pragnę złożyć Wam najszczersze życzenia, dużo zdrówka, szczęścia i spełnienia marzeń :) żeby każdy następny dzień był dla Was lepszy od poprzedniego i żebyście zawsze pozostali sobą :) ...i niech was zleją!!! :))))








"Miłość jak nasienie leśne z wiatrem
szybko leci, ale gdy
drzewem w sercu wyrośnie, to chyba tylko razem
z sercem wyrwać może"





„Kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty.”
James Callaghan.




Słońce zaczęło wschodzić na lazurowe niebo zwiastując początek nowego dnia. Różowe smugi oplotły je wokoło niczym rumieniec zawstydzonej dziewczyny, która puściła go na skutek adoracji męszczyzny. Młoda kobieta opatulona szczelnie szkarłatnym szalem szła powoli po zielonej trawie, zroszonej przez poranną rosę. Chłodny wietrzyk rozwiewał jej lśniące loki a ciepłe promienie muskały ją w gładką twarz. Idąc przed siebie rozglądała się wokoło obserwując tak dobrze znane jej widoki i ciesząc nimi oczy. Błonia skąpane w porannym blasku słońca wyglądały szczególnie uroczo. Odziane w złoty płaszczyk konary drzew i mieniące się lustro wody przypominały krajobraz jak z bajki. Dziewczyna stanęła nad brzegiem jeziora i niepewnie spojrzała w gładką taflę. Woda niczym zwierciadło odbijała jej zamyślone oblicze. Przyglądała mu się uważnie przez chwilę, po czym uklękła nie odrywając od nań wzroku. Spoglądała na swoje delikatne rysy i włosy targane przez wiatr. Mimowolnie uśmiechnęła się. Dzisiaj rozpoczynał się nowy etap jej życia. Cieszyła się ogromnie, że zaczyna go u boku Harr’ego. Wspaniale jest mieć kogoś z kim można iść przez życie. Dzielić z nim troski i radości a także przeżywać wzloty i upadki. Mieć w nim oparcie i zrozumienie, po prostu kochać i być kochanym. We dwoje jest znacznie łatwiej stawić czoła wszelkim przeciwnościom.
Także nowy rok szkolny przyczyniał się do jej dobrego samopoczucia. Czuła jak rozpiera ją energia i podmuch podniecenia przed pierwszymi zajęciami. Już nie mogła się doczekać nowych doznań i zaklęć, i choć większość szkolnych książek znała już na wskroś, doskonale wiedziała, że profesorowie jeszcze ją zaskoczą.
Pomału podniosła się i usiadła nad brzegiem patrząc na wschód słońca. Coś mówiło jej, że ten rok będzie nie zapomniany.
-Pięknie prawda?- usłyszała nagle przyjemny męski głos.

Pół przytomna odwróciła się za siebie i ku szczerej radości ujrzała smukłą sylwetkę Ethana.
-Niebo czy ja?- spytała udając, iż nie wie o co mu chodzi.

-Oboje- odparł usadawiając się obok niej i uśmiechając szeroko. Brunetka odwzajemniła gest.
-Co tu robisz sama, tak wcześnie?- dodał po chwili.

-A ty?
-Ej, nie odpowiada się pytaniem na pytanie.

-A kto tak powiedział?
-Ty.

-...nie pamiętam-stwierdziła z powagą po czym spojrzała na towarzysza z lekkim przerażeniem. On widząc obłęd w jej orzechowych oczach zląkł się nie na żarty. Wystraszony gotów był biec czym prędzej do zamku i wołać o pomoc. Dziewczyna widząc strach malujący się na jego twarzy nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
-Hermiona!- Ethan krzyknął oburzony- to nie było śmieszne!

-Oj, było!- zapewniła chichocząc- żebyś widział swoją minę!
Młody Knot pokręcił głową i zaśmiał się. Nie potrafił gniewać się na siostrę a kiedy patrzył na jej roześmiane lico czuł ciepło na sercu.
-Dobra, skoro nie chcesz powiedzieć będę zgadywał- powiedział.

Hermiona uspokoiła się nieco i nadstawiła uszu.
-Niech pomyślę...przyszłaś obejrzeć pierwszy wschód słońca w tym roku szkolnym.

-Skąd wiesz?!- zawołała zaskoczona.
-Znam cię- uśmiechnął się- a poza tym ja jestem tu z tego samego powodu.

-Nie wierzę!- krzyknęła przesiadając się naprzeciw niego. Ethan nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami.
-Przecież to zbyt romantyczne...sentymentalne jak na faceta...

-A jednak- przyznał lekko zmieszany reakcją panny Granger. Dziewczyna przyglądała mu się przez chwilę. Szybko zrozumiała swój nie takt.
-To rzadko spotykane ale...męskie- dodała pospiesznie.

Ethan zerknął na nią . Patrzyła na niego z miną niewiniątka trzepocąc naiwnie rzęsami.
-Męskie?- powtórzył za nią.

-No wiesz, tylko prawdziwy męszczyzny nie wstydzi się swoich uczuć.
Chłopak rozchmurzył się od razu. Powrócił mu dobry humor. Można by rzec, że „napuszył się jak paw”.
„Męszczyźni”- pomyślała Hermiona obserwując zachowanie brata a następnie westchnęła głęboko.
-To wy kobiety tak na nas działacie.

-Och, tak rozczulająco?- droczyła się z nim.
Ethan zaśmiał się pod nosem.
-Jesteście jak narkotyk- odparł- raz zażyty nie daje spokoju.

-To nie my lecz miłość jest jak uzależnienie.
-Więc czemu nie dasz się uzależnić?

Hermiona spojrzała na niego pytająco- Co chcesz przez to powiedzieć?
-Chcę dowiedzieć się czemu boisz się zakochać.

Brunetkę wbiło w ziemię z wrażenia. Nie spodziewała się tego po Knocie.
-Wcale się nie boję!- zaprzeczyła gorliwie.

-To czemu uciekasz przed miłością?
-Nie uciekam- obruszyła się.

-Hermionko...
-Nie Etanie! Nie!- krzyknęła odsuwając się od niego i siadając na trawiastym

wzniesieniu. Następnie podkuliła pod siebie nogi i przymknęła oczy. Chłopak dźwignął się na nogi i zasiadł bez słowa tuż obok niej.
-Nie chciałem sprawić ci przykrości- powiedział- po prostu martwię się o ciebie.

-Nie potrzebnie- odparła zaciskając mocniej oczy. Nie chciała brnąć dalej w ten temat. Wiedziała, że zmuszona będzie go okłamać.
-Wiesz- zaczął nieśmiało- mogłabyś czasami zamienić książki na jakiegoś chłopaka.

-Ja lubię książki.
-No tak, ale trochę rozrywki nie zaszkodzi.

Dziewczyna otwarła oczy patrząc tempo przed siebie. Och, gdyby wiedział, że są z Harrym parą...
-Co? Nie chcesz mieć chłopaka?- rzucił zniecierpliwiony jej milczeniem.

-A czy to grzech?!- zwróciła twarz ku niemu- singiel to śmieć?!
-Nie!- zaprzeczył gwałtownie- skąd...

-Więc czemu się czepiasz?! Nie pomyślałeś, że mnie jest dobrze tak jak jest?!
Czuła jak niewidzialna opaska oplata jej drżące serce i ściska uporczywie z całej siły. Łzy bólu zaczęły wypełniać jej oczy a policzki piec niemiłosiernie. Tak bardzo bolała ją, ze musi okłamywać bliską osobę, człowieka, który otworzył dla niej serce i wspierał kiedy tego potrzebowała. Po rozwodzie rodziców i kolejnym ślubie matki, gdy była zagubiona i samotna on podał jej pomocną dłoń i pomógł oswoić się z sytuacją. Obdarzył ją zrozumieniem i szczerą przyjaźnią. Te jakże trudne chwile zbliżyły ich do siebie. Etan naprawdę stał się dla niej bratem, a teraz czuła się jakby wbijała mu nóż w plecy...
-Przepraszam- jęknął jak zbesztane szczenię.

Dziewczyna siedziała nie wzruszona. Nie mogła na niego spojrzeć. Nie zniosłaby jego skruszonego widoku.
-Nie powinienem był- ciągnął pokornie- szanuję twoje zdanie i uczucia, przepraszam.

Hermiona pękła w środku. Nie wytrzymała, wybuchła niekontrolowaną falą gromkiego płaczu. Czuła się podle. Ethana dręczyło poczucie winny a to przecież ona była winna.
-Nie płacz!- zawołał zmartwiony chłopak- Ja nie chciałem! Proszę cię!

Na nic jednak zdały się jego prośby i słowa. Panna Granger wyła jak bóbr i nic wskazywało na to, że zaraz przestanie. Zdezorientowany brunet nie miał pojęcia co robić. Nagle poderwał się gwałtownie jakby usiadł na kolczastym jeżu. Rozejrzał się dookoła szukając podświadomie jakiejś pomocy. Nigdy nie widział jej w takim stanie. Był bezradny. Nie wiedział jak ją uspokoić. Zdesperowany kucnął wreszcie przed nią i ujął w dłonie jej zapłakaną twarz.

-Hermiona...spójrz na mnie-powiedział najspokojniej jak tylko mógł wpatrując się w nią uważnie.
-...nie mogę-szepnęła.
Jakaś niewidzialna siła ciągnęła ją w dół uniemożliwiając wzniesienie spuszczonej nisko głowy. Ethan chwycił ją delikatnie za podbródek i uniósł go lekko. Jej orzechowe oczy błądziły po zielonej trawie. Wstyd jaki czuła nie pozwalał podnieść jej wzroku. Próbowała sobie przetłumaczyć, że kłamiąc postępuje poprawnie ale czy kłamstwo w ogóle może być poprawne? „To dla naszego dobra, dla mnie i dla Harr’ego” –powtarzała gorączkowo w myślach. Nie chciała żeby jej związek był na forum szkoły, bała się, że plotki mogłyby go zniszczyć. By do tego nie doszło, musieli trzymać go w tajemnicy. Zmuszona była więc dalej brnąć w to kłamstwo.
-Spójrz na mnie- powtórzył stanowczo Ethan.

Hermiona zmagając się ze sobą powoli zerknęła na niego. Czuła się jakby palono ją żywcem.
Skóra piekła ją na całym ciele a jelita skręcały się w żołądku.

-Już dobrze- zapewnił młody Knot uśmiechając się do niej i wycierając kciukiem spływającą po jej policzku łzę. Brunetka próbowała zdobyć się na odwzajemnienie gestu, jednak w konsekwencji wyszedł jej tylko dziwny grymas. Chłopak przytulił ją mocno po czym stanął na nogi i podawszy jej rękę pomógł wstać.
-Chodźmy do zamku- zaproponował- zaraz będzie śniadanie.

-Nie jestem głodna- mruknęła pod nosem.
-Nie gadaj tylko chodź. Będą gofry.

-Skąd wiesz?
-Przed wyjściem zahaczyłem o kuchnię-rzucił.

Dziewczyna rozchmurzyła się leciutko -No nie wiem...
-Nie marudź!- zawołał wesoło- idziemy!

-A będzie dżem?
-Będzie!- zaśmiał się- truskawkowy!

Hermiona uśmiechnęła się delikatnie odganiając czarne chmury znad swojej głowy.
-To jak?

-Idziemy!- powiedziała po czym objęci pomaszerowali w stronę zamku.

~**~**~**~


Wielka Sala wypełniała się powoli uczniami. W szumie podnieconych okrzyków pierwszaków, starsi próbowali skupić się na spożywanym posiłku. Półprzytomni i nieużyteczni jak wypalone pudełko zapałek dziobali widelcem w talerzu dziurawiąc wypieczone na złocisty brąz gofry. Przy stole gryfonów siedzieli obok siebie Ginny i Ron. Ich niezbyt wylewna rozmowa opierała się głównie na mruknięciach typu „nie”, „tak” czy „yhy” .
Chłopak przysypiał pochrapując oparty brodą o rękę zaś jego siostra zapisywała coś zawzięcie w kolorowym zeszycie. Niespodziewanie wyrósł przed nim jakby z nikąd zielonooki szatyn i dosiadł się do nich wybudzając rudzielca z letargu.
-Cześć Harry!- zawołała wesoło Ginny.

Potter skinął głową z uśmiechem, Ronald zaś zachwiał się, ledwo utrzymując równowagę przed uderzeniem głową w miskę z dżemem.
-A gdzie reszta?- spytał Harry oplatając wzrokiem puste miejsca.

-Ellie już jadła- odpowiedziała Weasley’ówna- A Hermiona i Ethan jeszcze nie przyszli.
Chłopak przytaknął po czym chwycił widelec i na dział na niego placka. Zastanawiał się gdzie mogła podziać się Hermiona . Gdy schodził na śniadanie nie było już jej w dormitorium...
Wtem wkroczyły do sali obie zguby w szampańskich humorach. Ethan miał to do siebie, że potrafił rozruszać nawet głaz. Nic więc dziwnego, że Hermiona tryskała radością i entuzjazmem. Roześmiani od ucha do ucha podeszli do przyjaciół i przysiedli się do nich.
Brunet zaczął witać się z każdym po kolei zaś Hermiona od razu spojrzała na Harr’ego i obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Potter patrzył na nią jak na 8 cud świata. Jego oczy emanowały uwielbieniem i miłością. Jej widok zawsze był dla niego uciechą. Była mu potrzebna jak powietrze do życia.
-I jak gotowi na pierwsze zajęcia?- spytał Ethan.

-W pełni- odrzekła Ginny zamykając a następnie odkładając na bok swój zeszyt.
Ron odkręcił się ewidentnie ignorując jego osobę. Nie krył swojej niechęci do młodego Knota, której niebywałym powodem była śliczna blondynka o niebieskich oczach. Rudzielec czuł jak skręcają mu się kiszki kiedy widział ich oboje, razem.
Nagle do Wielkiej Sali wbiegło z impetem dwóch gryfonów, którzy potykając się o własne nogi zdołali dotrzeć do grupki przyjaciół.

-Słyszeliście, że przyjechał nowy nauczyciel OPCM?!- rzucił podniecony Seamus ledwo łapiąc oddech.
-To KOBIETA!- wrzasnął zdyszany Dean zwracając na siebie uwagę wszystkich zebranych.

Harry, Ron i Ethan wybałuszyli na nich oczy natomiast Ginny i Hermiona spojrzały po sobie.
Kobieta nauczycielem OPCM?- to nie wróżyło zbyt dobrze...

-Babka?- rzucił Ron- z ...-wypiął okazale swoją klatkę piersiową rzucając porozumiewawcze spojrzenie na kolegów.
-Nooo...-przytaknął Dean ze zbereźnym uśmieszkiem.

-Wy seksualne maniaki!- skarciła ich Hermiona- czy u was wszystko sprowadza się tylko do jednego?!
Ron i Seamus zmieszali się wyraźnie, Dean zaś zrobił się czerwony jak burak czując jak piekący ból wypala mu policzki. Harry uśmiechnął się pod nosem. Panna Granger nie mając pojęcia co ma oznaczać ten nagły okaz radości malujący się na twarzy jej ukochanego popadła w jeszcze gorsze zdenerwowanie.
-Zboczeńcy!- krzyknęła oburzona po czym rzuciwszy Harr’emu mordercze spojrzenie

wstała zamaszyście od stołu i odeszła pospiesznie.
-Skar...-chłopak ugryzł się w język- tzn. Hermiona!

Lecz ona wściekła jak pies pędziła przed siebie niczym burza nie zważając na wołania. Nie chciała słuchać tej ich durnej gadki ani nawet na nich patrzeć. Miała ogromną ochotę się na czymś wyżyć aby wylądować nadmiar negatywnej energii. Nim zdążyła się obejrzeć nadarzyła się takowa sposobność.
Migiem wbiła się po kamiennych schodach i skręciwszy za róg zauważyła Panią Noris pastwiącą się nad parą pierwszaków. Dzieci przyparte do lodowatej ściany patrzyły na nią z przerażeniem w oczach a ich twarze zastygły w niemym krzyku. Kocica zagrodziwszy im jedyną drogę wyjścia najeżyła się jak jeż i obnażyła przed nimi swoje żółte kły. 11-latkowie zadrżeli widząc beznadziejną sytuację w jakiej się znaleźli. Czuli, że ich dni są policzone. Noris prychnęła zjadliwie napawając się ich strachem. Hermiona cofnęła się gwałtownie i obserwowała całe zajście z ukrycia. Demoniczna kotka wysunęła swe ostre pazury i przejechała nimi po posadzce wywołując przeraźliwy zgrzyt, na którego dźwięk dzieci zatrzęsły się w kącie. Kocica prychnęła ponownie po czym zbliżywszy się do wystraszonych na śmierć pierwszaków zaczęła z rozbawieniem wymachiwać ku nim zakończoną pazurami łapą. Hermiona zacisnęła pięści. Okrutne zachowanie Pani Noris pogłębiło buzująca w niej złość. Była teraz wściekła jak osa, która kąsa swą ofiarę bez litości i opamiętania. „Nie tym razem ty wyleniała wycieraczko!”- pomyślała zawistnie. Nie zastanawiając się dłużej zerwała się z miejsca i wybiegła zza rogu wyciągając zza pazuchy płaszcza różdżkę.

-Petrificus totalus!- krzyknęła wymierzając jednym zwinnym ruchem w najeżonego kota.
Zdezorientowana Noris zdołała jedynie wytrzeszczyć swoje wyłupiaste, czerwone ślepia przed uderzeniem zaklęcia. Jej wątłe ciało zachwiało się po czym upadło bezwiednie na podłogę niczym twardy głaz. Pierwszaki patrzyli jak zahipnotyzowani na nieruchomego kota, którego pysk zastygł w kwaśnym wyrazie. Słysząc stukanie kroków na śliskiej posadzce podnieśli niepewnie wzrok spoglądając na nadchodząca postać. Jej bujne loki opadały niesfornie na szczupłe ramiona a ręce ściskały kurczowo skrawek szaty.
-Uciekajcie!- ponagliła ich- No już!

Dzieci natychmiast ruszyły się i pognały przed siebie najszybciej jak potrafiły. Dziewczyna upewniwszy się, że odeszły zerknęła z pogardą na kocicę.
„I dobrze ci tak”- pomyślała uśmiechając się pod nosem.
-TY!!!- brunetka gwałtownie odwróciła się za siebie i zastygła w bezruchu.

Stał za nią Filch z zaciśniętymi zębami i morderczym błyskiem w oczach.
-ZABIŁAŚ JĄ!!!- wydarł się ochryple chwytając ją z całej siły za frak i przybliżając

do niej swą wstrętną facjatę. Dziewczyna wzdrygnęła się nie kryjąc przerażenia. Filch sprawiał wrażenie jakby chciał ją zabić.

-ZAPŁACISZ MI ZA TO!!!- ryknął jej prosto w twarz- TY WSTRĘTNA DZIEWUCHO!!!
-ONA ŻYJE!- broniła się- JEST POD WPŁYWEM ZAKLĘCIA!!!

-ŁŻESZ!!!- warknął jak opętany oplatając dłońmi jej kark.
Hermiona zacisnęła powieki wyczuwając nadchodzący ból. Wiedziała, że lada chwila ugodzi ją niczym zatruta strzała.
-Argusie!!!- zagrzmiał stanowczy, kobiecy głos rozchodząc się echem po korytarzu.

Hermionie zaczęło brakować powietrza. Czuła, że traci świadomość...
„Czy to już koniec? Czy ja umarłam?” Ujrzała nad sobą jasną poświatę, emanującą rażącym blaskiem. Raptownie przymrużyła oczy a w jej uszach zabrzmiał spokojny, stonowany śpiew. Dziwne światło stawało się coraz bardziej intensywne wypełniając powoli całą przestrzeń. Dziewczyna uniosła głowę spoglądając w samo serce tajemniczej siły. Lekki powiew wiatru muskał ją w delikatną twarz. Wokoło błądziły jakby purpurowo-kremowe obłoki. Hermiona czuła jak wypełnia ją wewnętrzny spokój. Wszystko stało się takie proste i błahe a wszelkie zmartwienia zniknęły. Całe jej ciało aż po koniuszki palców ogarnęło uczucie radosnej euforii i nieziemskie poczucie błogości. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Nagle chmury zaczęły rozstępować się powoli i tuż zza nich wyłoniły się zarysy postaci. Jej szczupła sylwetka odziana w zwiewną, śnieżnobiałą tunikę unosiła się ponad horyzontem. Długie, sięgające prawie pasa, kręcone włosy rozwiewał lotny podmuch zefiru. Hermiona niedowierzając przetarła zamglone oczy.
Była to z pewnością kobieta. Przez dopasowaną szatę widoczne były kobiece wypukłości a jej delikatne ruchy pełne były gracji i subtelności. Panna Granger wytężyła wzrok starając się dojrzeć rysy jej twarzy. Niestety gęsta mgła rozścieliła się w powietrzu przysłaniając ją.
Od nieznajomej toczyła się złota aura, która spowiła dziewczynę świetlistym blaskiem.
Hermiona chciała coś powiedzieć. Miała tyle pytań pragnących odpowiedzi lecz z wrażenia zapomniała języka. Brakowało jej słów a nawet myśli aby wyrazić swój zachwyt. Przesyt, pięknych barw wypełniających krajobraz dookoła odbijał się w jej orzechowych tęczówkach. Czuła jak łzy napływają jej do oczu.
Niezwykła postać wciąż wznosiła się w górze. Młoda czarownica wyciągnęła ku niej rękę jakby chciała jej dotknąć i przekonać się, że nie jest ona złudzeniem. Na ten gest nieznajoma odwróciła się a następnie zaczęła oddalać się wolnym krokiem. Zaskoczona Hermiona pokręciła głową „Nie! Nie odchodź!”- wołała w myślach. Chciała się poruszyć, gonić ją jednak nie mogła. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Na darmo zaczęła się miotać. Jej drobne ciało ani drgnęło. Podniosła prędko głowę spoglądając gorączkowo na tył zagadkowej kobiety. Odchodziła coraz dalej a jej smukła talia była już ledwo widoczna. Brązowowłosa wiedziała, że nie da rady jej zatrzymać.
Wtem usłyszała przeraźliwy huk niczym grzmot burzy. Rozejrzała się wokół. Puchate obłoczki poznikały a w przestrzeni pojawiły się czarne dziury. Wystraszyła się. Nie miała pojęcia co się dzieje. Grunt zaczął się jej trząść pod stopami. Wpadła w panikę, tym bardziej, że nie zdołała wykonać jakiegokolwiek ruchu by uciec. Najgorsze jednak było to, że nie miała nawet dokąd uciekać. Wszystko zamieniało się w ogromną czarną plamę, nicość jakby wszechświat pochłaniał to co napotka na swojej drodze pozostawiając wielką pustkę. Bezradna zacisnęła oczy z całej siły. To już koniec...TRZASK!!!

-Co ty wyprawiasz!!!

-Zostaw ją!!!
-Puść!

-Zabijesz ją!!!
-ZGINIESZ!!!


Poczuła jak ostry ból przeszywa jej ręce. Ramiona piekły ją niemiłosiernie zadając okrutne katusze. Ktoś szamotał nią na wszystkie strony jak marionetką. Półprzytomna uniosła ociężałą powiekę. Obraz był zamazany. Bezkształtne figury lały się jej przed oczyma. Zamrugała z wysiłkiem jednak nic to nie dało. Wciąż widział zamazane kształty i nie była w stanie określić co się dzieje. Wiedziała tylko, że ktoś robi jej krzywdę a nie miała dość siły żeby mu w tym przeszkodzić.
-Uspokój się!!! Profesor Munez!!!

-Cholera jasna! DRĘTWOTA!!!
W jednej sekundzie żelazny uścisk rozluźnił się. Czuła jak jej obolałe ręce ogarnia ulga. Po chwili zaczęła wyślizgiwać się swemu oprawcy a jej wiotkie ciało opadło bezwiednie na zimną posadzkę.

~**~**~**~


-Co się stało?

-Woźny ją zaatakował.
-Filch?!

-Chciał ją zabić!
-Zgwałcić?!

-ZABIĆ NIE ZGWAŁCIĆ!
-CICHO!...budzi się...

Brunetka otworzyła mozolnie zmęczone oczy. Nie wiedziała gdzie jest i co się wydarzyło a okropny ból łupał ją z tyłu głowy. Pomimo tych niewygód i chwilowego zaćmienia uśmiechnęła się szeroko na widok znajomych twarzy okupujących zewsząd jej łóżko.
-Jak dobrze, że nic ci nie jest- powiedziała zatroskana Ellie chwytając ją za rękę.

-Martwiliśmy się o ciebie- dodał Ethan a reszta zebranych przytaknęła mu.
-Długo spałam?- spytała zaspana.

-3 dni.
-Piękny początek...-westchnęła.

-Byłaś ledwo żywa- wtrąciła się Parvatti- prawie umarłaś...
Lavender zmroziła ją wzrokiem.
-No co?- burknęła tamta.

-Najważniejsze, że się obudziłaś- zagłuszyła ją Ell- teraz będzie już tylko lepiej...
-Filch naprawdę chciał cię zgwałcić?!

-Och, Dean!- krzyknęła Panna Brown- mówiłam ci! ZABIĆ! NIE ZGWAŁCIĆ!!!
-Cicho! Hermiona musi mieć spokój!- zawołał oburzony Ethan.

-Jak wygląda Prof. Munez?! Niezła jest?!- dociekał Seamus.
-Chłopaki!- wrzasnęła Ellien- dajcie sobie siana!

-Co?- Panna Granger zmarszczyła brwi.
-No jak to?- zdziwił się Finnigan- przecież to ona cię uratowała!

-No!- Dean mu wtórował- gdyby nie ona Filch by cię zgwałcił! Tzn. zabił!- poprawił się.
Lavender zacisnęła pięści. Krew ją zalewała gdy jej chłopak opowiadał takie głupoty.
-Co ty gadasz?!- ryknęła.

-Lav, kotku wyluzuj...-rzucił.
Dziewczyna zaczęła kipieć ze złości.
Miedzy zebranymi zawrzało. Kłótnia wisiała w powietrzu i kwestią czasu stało się to kiedy nadmiar napięć eksploduje rażąc młodych gryfonów siłą swego wybuchu.
Osłabiona i wycieńczona Hermiona nie mogąc znaleźć chwili wytchnienia w szumie wrzasków i okrzyków zaczęła odpływać. Oparła ociężałą głowę o poduszkę z pierza i zamknęła powieki. Głosy dźwięczące w jej uszach stawały się niewyraźne i zdeformowane jakby ktoś umieścił ją w na wpół dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Nagle powróciły wspomnienia z felernego poranka uderzając w nią jak grom z jasnego nieba.
Noris, zaklęcie, Filch...wykrzywiła twarz w grymasie bólu. Ten łajdak naprawdę chciał ją skrzywdzić...ale przecież żyje...
Wtem przed oczyma stanęła jej lśniąca poświata mieniąca się w barwach złota i kremowe obłoczki, pośród których wznosiła się tajemnicza kobieta.
„Czy to był sen?- zapytała w myślą samą siebie- bo przecież prawdą być nie mogło....”
Dobiegł ją jeszcze głos...ten ciepły lecz zmartwiony kobiecy głos a potem ulga i coś miękkiego łaskoczącego ją w twarz...
-BANDYCI!!!- zaskrzeczała Pani Pomfrey w drzwiach sali.

Hermiona od razu otwarła oczy lecz jej goście nie zamierzali zamknąć ust.
-JAK ŚMIECIE! TO NIE TARG TYLKO SZPITAL!!!- ciągnęła swój nader nie

przyjemny monolog. Jednak rozjuszeni gryfoni nawet nie zaszczycili ją spojrzeniem.
Lavender darła się jak opętana a reszta jej nie ustępowała. Pielęgniarka wściekła się jak nigdy. Ciśnienie podskoczyło jej do niebezpiecznych granic. Dyszała ciężko a z jej rozklekotanych nozdrzy wydobywała się para.
-WYNOCHA!!!!!!- ryknęła pędząc w ich stronę niczym byk za toreadorem. Nim panna Granger zdołała się obejrzeć chwyciła za fraki czwórkę jej przyjaciół wypchnęła ich za drzwi. Nieco przerażeni tym nie codziennym widokiem Ethan i Ellie wybiegli za nimi.
-Wpadnę po lekcjach!- rzuciła blondynka na obchodne i już ich nie było.

Hermiona westchnęła układając się wygodnie w ogromnym łóżku. Zrobiło się tak spokojnie i cicho, tylko ona i cztery ściany. Postanowiła skorzystać z okazji i się zdrzemnąć. Poprawiła poduszkę i okryła się szczelnie kocem kładąc obie dłonie pod policzek.
„Ciekawe co teraz robi Harry....Harry?!...Gdzie on jest?”

~**~**~**~


W przerwie na drugie śniadanie, kiedy tłumy uczniów podążały do Wielkiej Sali na posiłek Ellie zrezygnowała z owej przyjemności by móc pobyć trochę w samotności. Wbiła się po kamiennych stopniach do Wierzy Gryfindoru i wypowiedziawszy hasło przeszła przez dziurę pod portretem. Tak jak zakładała w Pokoju Wspólnym panowały pustki. Wypełniały go cisza i spokój a jedynym odgłosem jaki dało się słyszeć było trzeszczenie ognia w kominku. Dziewczyna położyła książki na dębowym stoliku i zasiadła wygodnie w jednym z foteli.
„Tyle się ostatnio wydarzyło- pomyślała spoglądając na okno- jeszcze 2 miesiące temu wiązałam nadzieje z Ronem a teraz jestem dziewczyną Ethana...”-westchnęła.
Dziwnie toczą się koleje losu....
Wiedziała, że teraz kiedy była w stałym związku powinna być szczęśliwa. Miała wspaniałego chłopaka, który kochał ją i szanował, dbał o nią i był do jej dyspozycji o każdej porze dnia i nocy.... A w dodatku był przystojny....
Była 100% świadoma, że nie jedna młoda kobieta pozazdrościła by jej takiego nabytku ale mimo to wcale się nie cieszyła. Miała mętlik w głowie i sercu. Okropnie męczyło ją, że nie do końca jest pewna swoich uczuć a związek powinien przecież opierać się na szczerości i co najważniejsze na wzajemnej miłości, a tego właśnie obawiała się, że nie może dać Ethanowi.
Ten chłopak był dla niej ważny i jak najbardziej nie obojętny lecz miała, poważne wątpliwości czy naprawdę go kocha...
Pokręciła głową ze zniechęceniem. Sama już nie wiedziała co ma począć. Przeżywała głęboko wewnętrzne rozdarcie, które z każdym kolejnym dniem stawało się silniejsze.
Wszystko było by dobrze gdyby nie Ron...
Ten głupek już wystarczająco namieszał w jej życiu i choć usilnie próbuje się od niego odgrodzić on wciąż wchodzi z buciorami w jej sprawy. Może zamiast głowić się nad uczuciem do Ethana powinna zastanowić się co czuje do Weasley’a?
„Nonsens- pomyślała-to zamknięty rozdział....a może jednak nie?”
Gdy przypominała sobie jego roześmianą twarz jej ciałem wstrząsały konwulsje. Złość zawładnęła wszelkimi uczuciami i rozumem. Nasuwało się jej tylko jedno słowo: żal. Żywiła do niego tak ogromny żal, że równać z nim mógł się tylko Mount Everest.
Czy w takiej sytuacji można jeszcze kochać człowieka? Tego nie wiedziała....
Być może kiedyś to minie a przykrości zostaną puszczone w niepamięć i będzie mogła racjonalnie zastanowić się nad jakąkolwiek przyszłością tej znajomości bo teraz nie widziała żadnej.
-Tu jesteś!- zlękła się słysząc czyjś głos.

Zerknęła w stronę dziury pod portretem i ujrzała uśmiechniętego Ethana idącego w jej stronę z talerzem.
-Cześć-wyjąkała.

-Wszędzie cię szukałem- powiedział nachylając się nad nią i całując ją w czoło.
-Tu siedziałam...- czuła się jakby popełniła przed chwilą jakąś śmiertelną zbrodnię.

Chłopak od razu spostrzegł, że jest jakaś rozkojarzona. Sądził, że to z powodu wypadku Hermiony. Nawet nie wiedział jak bardzo się mylił...

-Na drugie śniadanie była szarlotka- zagaił kładąc na stoliku kawałek ciasta- twoja ulubiona, jedz.
Ellie spojrzała na niego ze zdumieniem.
-Skąd wiedziałeś?

-Przecież jestem twoim chłopakiem, no nie?
„Stuknij się w łeb wariatko!- skarciła się w myślach- zobacz jaki skarb masz przed sobą! Nie dość, że wie jakie jest twoje ulubione ciasto to jeszcze ci je przynosi! A ty się głupia zastanawiasz?! Czy kiedykolwiek Ron coś ci przyniósł?! Nie no, raz! Pudełko czekoladowych żab na urodziny, które i tak sam potem zjadł!”
-Wsuwaj, jeszcze ciepłe- powiedział przesuwając talerzyk w jej stronę.

Ellie uśmiechnęła się chwytając spodek i biorąc kęs szarlotki. Ethan przyglądał się jej przez chwilę a potem zaczął drapać się po głowie. Chciał z nią poważnie porozmawiać tyle, że nie za bardzo miał pojęcie jak zacząć. Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Wydawało mu się to okropnie banalne ale w końcu lepszy rydz niż nic.
-Ell- jęknął- musimy pogadać.

-Jasne- odpowiedziała z pełnymi ustami- mów.
Chłopak przełknął głośno ślinę i odchrząknął nerwowo.
-Ellie...czy ty mnie kochasz?

Panna Johnson zakrztusiła się kawałkiem szarlotki. To pytanie wprawiło ją w osłupienie. Właśnie nadeszła chwila, której najbardziej się obawiała.
W tej samej chwili Ron opuścił swoje dormitorium i wolnym krokiem zaczął schodzić po wąskich schodach. Będąc już prawie na dole usłyszał znajomy głos i prędko skrył się za gzyms chcąc zostać nie zauważonym.
-Ell? Odpowiesz mi?- dopytywał się podenerwowany Ethan.

Dziewczyna pokiwała głową przełykając ostatni kęs ciasta. Nie sądziła, że jej odpowiedź zmieni w skutek nie odwracalny życie kilku osób...
-Kochasz mnie?- powtórzył.

Ronald rozdziawił buzię przysłuchując się uważnie. Jego los właśnie ważył się na szali.
-Głuptasie, gdybym cię nie kochała to bym z tobą nie była- odparła.

Młody Knot nie krył zadowolenia i satysfakcji chciał jednak wyjaśnić wszystko do końca.
-No a Ron?

Rudzielec poczuł jak serce łomoce mu w piersi jak młot.
-Co Ron?- rzuciła oschle Ellie. Nie chciała rozmawiać z nim o Weasley’u.

-Chciałbym wiedzieć co do niego czujesz?
-Och Ethan! Nie wygrzebuj starych śmieci!

„Więc jestem dla niej śmieciem”- zakpił w myślach Ron.
-Nie możesz powiedzieć? Tak po prostu?

-Ethanie- Ellien usiadła bliżej niego i wzięła go za ręce- liczy się tu i teraz czyli my. To co było jest nieistotne.
Brunet uśmiechnął się szeroko. Jego wątpliwości zostały rozwiane.
-Kocham cię- powiedział czule.

Ellie przytuliła się do niego.
-Byłem zazdrosny- dodał- kiedyś mieliście się ku sobie.

-Nie myśl więcej o Ronie. Nic nas nie łączyło- powiedziała z trudem. Zachciało się jej płakać.
Ronald zamknął oczy. Czuł jak jego serce pęka na tysiąc kawałeczków. A więc to koniec... Stracił ją... na zawsze....
Nie mógł, nie chciał tego dalej słuchać. Każde ich następne słowo było jak cios nożem. Otarł pośpiesznie gorzką łzę bólu spływająca po piegowatym policzku i odszedł do swojego pokoju trzaskając drzwiami. Ethan i Ellie usłyszawszy huk spojrzeli na schody od dormitoriów. Nie zauważywszy jednak nikogo popatrzyli na siebie trwając wciąż w mocnym uścisku.
Ell pragnęła jak nigdy dotąd żeby teraz wszystko się ułożyło. Chciała kochać Knota całą sobą i zapomnieć, że Weasley był kiedyś dla niej ważny.
-Kocham cię- powtórzył chłopak i ją pocałował



~**~**~**~


Ciepłe promienie słoneczne wdarły się przez uchylone okno do szpitalnej szali oświetlając twarz młodej dziewczyny. Przeciągnęła się ona z zadowoleniem a następnie uniosła leniwie jedną powiekę. Nie pamiętała już kiedy ostatnio tak dobrze spała. Gdyby nie głód, który ściskał ją w dołku z pewnością nie podnosiła by się z łóżka. Wtem drzwi od pomieszczenia otwarły się i do środka weszła Pani Pomfrey z żelazną tacą.
-Pobudka dziewczę!- zawołała- obiad!

Hermiona dźwignęła się na łokcie. Dopiero teraz spostrzegła, że nie jest sama w skrzydle. Na łóżku po przeciwnej stronie leżała blada szatynka. Wyglądała miej więcej na 3 klasę.
-Co z nią?- spytała pielęgniarkę.

-Ach- kobieta żachnęła się- wpadła na tentakulę.
Brunetka wzdrygnęła się na samą myśl o krwiożerczej roślinie.
-Biedna...-dodała.

-Taaa- Pomfrey podeszła do jej etażerki i umieściła na niej tacę z łoskotem.
Hermiona podniosła wzrok na upragniony posiłek i skrzywiła się gwałtownie.

-Co to?!
-Twój obiad.

-Mam TO zjeść- spytała wskazując z niesmakiem na żółtą maź znajdująca się na talerzu.
-Owszem- odparła pielęgniarka.

-To wygląda jak klej- stwierdziła z obrzydzeniem nachylając się nad talerzem i wąchając jego zawartość- i jak śmierdzi!
-Nie marudź! To wbrew pozorom bardzo zdrowe i TOBIE potrzebne!- rzuciła

lekko wytrącona z równowagi kobieta po czym odwróciła się i wyszła.
Hermiona z zawodem zerknęła jeszcze raz na „ cudowną paćkę” i westchnęła. Nie tak wyobrażała sobie swój pierwszy posiłek po kilkudniowym śnie.
Wtem drzwi od sali ponownie się otwarły i wyjrzała zza nich blond główka Ellie.
-Można?

-Jasne wchodź- odparła.
Ellien podeszła i usiadła na rogu łóżka.
-Widzę, że nieźle cię tu karmią- zażartowała wskazując na tacę z jedzeniem.

Panna Granger skrzywiła się.
-Umrę tu z głodu...

-Nie sądzę.
Hermiona spojrzała na nią z zaciekawieniem. Ellie wyciągnęła z kieszeni szaty małą paczuszkę i położyła ją na pościeli.
-Co to?

-Sprawdź.
Dziewczyna sięgnęła po zawiniątko i rozwinęła je.
-Kanapka!- zawołała uradowana- z wołowiną!

-Pomyślałam, że ci się przyda.
-Uratowałaś mi życie- powiedziała z wdzięcznością po czym zaczęła pałaszować pieczywo.

Ellien uśmiechnęła się.
-A gdzie Harry?- spytała przełykając duży kęs.

-Ano tak, przecież ty nic nie wiesz...
Hermiona przestała jeść.
-Coś się stało?

-Harry ma szlaban.
-SZLABAN!!!?- krzyknęła plując kanapką- ale dlaczego? Co zrobił?

-Jakby ci to powiedzieć...
-Wprost!- Hermiona zaczęła się denerwować.

-Harry ma karę bo napadł na Filcha...za ciebie...
Hermionie włosy zjeżyły się na głowie. „Cholera!- zaklęła w myślach- co mu strzeliło do głowy!” Niepewnym wzrokiem popatrzyła na przyjaciółkę wyczekując dalszego ciągu. Obawiała się, że przez nią Potter mógł narobić sobie poważnych kłopotów...
-Co mu zrobił?- zapytała z przejęciem. Spodziewała się wszystkiego tylko nie tego

co usłyszała.
Ellie wybuchła śmiechem. Jej zachowanie całkowicie wybiło brunetkę z tropu.
-To takie śmieszne!?- zmarszczyła brwi.

-Nawet nie wiesz jak bardzo...
-No to może mi powiesz?

Ell stłumiła nieco śmiech i szczerząc się szeroko przeszła do sedna sprawy.
-Kiedy Harry dowiedział się o twoim wypadku od razu pobiegł szukać Filcha. Ron poszedł z nim. Obaj zaczaili się w holu i gdy wyszedł woźny...-znów zaczęła się śmiać.
-No mów!

-...Harry rzucił na niego Levicorpus!
Hermiona wybałuszyła oczy.
-Zabawnie wyglądał wisząc do góry nogami przy całej szkole!- ciągnęła rozbawiona Ellien.

Panna Granger wyobraziła sobie ten niecodzienny widok i również się zaśmiała.
-Harry nieźle zaszalał upokarzając Filcha na oczach wszystkich!- dodała blondynka.

-On mu tego nigdy nie zapomni...
-No to co?- wzruszyła ramionami- to i tak już ostatni rok.

-W sumie masz racje...
-Ale wiesz co się okazało?

-Co?
-Filch nosi rajstopy!!!

Hermiona nie zdążyła jednak zareagować na wiadomość przyjaciółki, gdyż drzwi wejściowe uchyliły się i do środka wszedł Harry z Ronem.
-Cześć- przywitała się.

Ellie gwałtownie zmilkła na ich widok.
-Dobrze cię znów widzieć- rzucił nieśmiało Ron.

-Jak się czujesz?- zapytał Harry.
-Dobrze, dziękuję- odparła.

Ell uśmiechnęła się.
-To ja już będę szła- powiedziała- musze jeszcze odrobić lekcje, a wy sobie porozmawiajcie- pocałowała Hermionę w policzek i wyszła.

-Przypomniało mi się, że nie podlałem kwiatków- wtrącił szybko Ron- zdechną biedne. Muszę lecieć!- po czym poderwał się i migiem wybiegł za drzwi.
Hermiona zachichotała pod nosem.
-Nie wiedziałam, że macie w pokoju kwiaty.

-Bo nie mamy- odpowiedział z szerokim uśmiechem wpatrując się w nią jak w obrazek.
Dziewczyna odwzajemniła gest lekko się rumieniąc. Choć byli razem już jakiś czas jego wzrok wciąż ją onieśmielał.
Nagle Harry spoważniał. Przysunął się do niej bliżej i spojrzał jej głęboko w oczy.
-Czemu tak patrzysz?- spytała po chwili.

-Patrzę co mogłem stracić...
Hermiona spuściła głowę. Dopiero teraz dotarło do niej, że o mały włos i mogłaby go już nigdy nie zobaczyć. Harry chwycił ją za podbródek i uniósł go w górę.
-Kocham cię- szepnął i ją pocałował.

Zamknęła oczy ujmując jego twarz w dłonie. Całowali się namiętnie i z utęsknieniem. Tak bardzo brakowało jej zapachu jego perfum i smaku ust. Przy nim znów czuła się bezpiecznie.
Potter powoli oderwał się od niej biorąc ją za rękę. Lubił czuć jej bliskość na własnej skórze.
-Harry- zaczęła spokojnie- wiem co zrobiłeś a ty wiesz, że tego nie pochwalam.

Chłopak zacisnął usta kiwając smętnie głową. Wolał przyznać jej rację niż się kłócić.
W głębi duszy jednak nie uważał, że postąpił niewłaściwie. Gdyby było trzeba nie
zawahałby się i zrobiłby to raz jeszcze.

-Ale jestem z ciebie dumna- ciągnęła- i wdzięczna, że stanąłeś w mojej obronie i odegrałeś się za mnie.
Harry spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nie spodziewał się usłyszeć od niej tych słów.
Wtem do sali wkroczyła Pani Pomfrey niosąc w rękach jakiś dzbanek.
-Koniec odwiedzin- oznajmiła patrząc uporczywie na Harr’ego- pacjentka musi wypoczywać.

-Jeszcze chwilę- jęknęła Hermiona.
-Znów marudzisz!- zaskrzeczała pielęgniarka- co za rozkapryszone dziecko!

Dziewczyna zmrużyła oczy. Miała ochotę ją udusić.
-Całe szczęście, że jutro wychodzisz...

-JUTRO!?- krzyknęła niedowierzając.
-Tak- potwierdziła kobieta- a teraz wypij lekarstwo.

Podała jej metalowy kubek z zielonym płynem.
-Wszystko-odparła z radością przechylając go i wypijając całą jego zawartość.


~**~**~**~


Ellien schodziła po schodach od Skrzydła Szpitalnego zastanawiając się nad wypracowaniem z zielarstwa gdy nagle usłyszała wołanie za swoimi plecami.
-Ellie! Zaczekaj!

Obejrzała się i zobaczyła biegnącego w jej stronę Ronalda. Przestąpiła z nogi na nogę i skrzyżowała ręce na piersi.
-Czego chcesz?- spytała gdy przed nią stanął.

-Porozmawiać.
-Nie mam czasu na pogaduchy- rzuciła oschle chcąc odejść.

-Stój!- zawołał chwytając ją za ramię- 5 minut.
-Zgoda. Tylko weź tą rękę- Ron automatycznie zabrał dłoń- mów.

-Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie musisz się już mnie obawiać.
Ell zmarszczyła brwi.
-Nie rozumiem...

-Nie będę ci się już naprzykrzał. Zniknę z twojego życia tak jak chciałaś.
Ellie otworzyła buzię chcąc coś powiedzieć lecz Weasley nie pozwolił dojść jej do głosu.
-Bądź szczęśliwa z Ethanem. Może on da ci to czego ja nie mogłem- powiedział

pełen goryczy i smutku po czym ruszył przed siebie.
Ellien chciała go zatrzymać jednak powstrzymała się. To i tak nic by nie zmieniło. Bo niby co by mu powiedziała? „Słuchaj Ron zastańmy przyjaciółmi”? Przecież to głupie...
Właśnie dostała to czego chciała...tylko czemu było jej smutno?

~**~**~**~


Następnego dnia gdy tylko wzeszło słońce, Hermiona cała w skowronkach pozostawiła za sobą szpitalne łóżko i radosną z tego powodu pielęgniarkę udając się do ukochanego dormitorium. Choć wprawdzie została wypisana dostała kategoryczny zakaz powrotu na lekcje. Miała odpocząć jeszcze kilka dni w pokoju pod bacznym nadzorem przyjaciół.
-Nareszcie u siebie!- zawołał gdy tylko przekroczyła próg pomieszczenia.

-Wskakuj do łóżka- rozkazała natychmiast Ell.
-Po co? Lepiej chodźmy na lekcje!

-Ty nie możesz- przypomniał Ethan- masz leżeć.
-Oj- zrobiła smutną minę- przecież nikt się nie dowie!

-Nie moja droga- powiedziała Ellien wyciągając z szuflady komody koc- jesteś po wypadku. Pielęgniarka kazała ci odpoczywać.
Hermiona nadąsała się i weszła pod kołdrę.
-Tylko się nie obrażaj- dodał Harry siadając obok niej- wiesz, że to dla twojego dobra.

Dziewczyna pokiwała markotnie głową.
-Przyjdę w przerwie na drugie śniadanie zobaczyć co u ciebie-zapewniła Ellie chwytając

torbę z książkami- i nie smuć się!
-Idziesz Harry?- rzucił Ron.

-Zaraz przyjdę.
-To my idziemy- dodał Ethan- spotkamy się na miejscu.

Harry przytaknął a pozostali opuścili pokój zostawiając jego i Hermionę samych.
Gdy tylko drzwi się zamknęły spojrzał na nią. Miała apatyczny wyraz twarzy i skrzyżowane ręce na piersi. Uśmiechną się leciutko pod nosem.
-No już się nie gniewaj- powiedział czule.

Zerknęła na niego z ukosa.
-Ja tu umrę z nudów- burknęła.

-No to zajmij się czymś. Poczytaj jakąś książkę albo...- jego wzrok padł na kufry stojące obok łóżka- albo się rozpakuj. Chyba jeszcze nie zdążyłaś.
-Racja- przyznała- całkiem wyleciało mi to z głowy.

Harry nachylił się i pocałował ją delikatnie.
-Idę na zajęcia. Wpadnę później.

-Dobrze.
Odprowadziła go osowiałym wzrokiem aż do drzwi a kiedy za nimi zniknął westchnęła posępnie opadając na posłanie.
„Co ja tu będę robić cały dzień?- pomyślała- na pewno nie będę leżeć!”
Wstała i ubrała się w szary golf i dżinsy. Następnie związała włosy w koński ogon i wzięła się za swoje bagaże. Przez ten nieszczęsny wypadek z Filchem nie wyjęła jeszcze swoich rzeczy. Zaczęła wypakowywać swoje ubrania kiedy nagle natchnęła się na niebieskie pudełko. Ujęła je w obie ręce i usiadła na rogu łóżka.
-Na śmierć o tym zapomniałam- szepnęła błądzą dłońmi po plastiku.

W sumie to nie było się czemu dziwić. Kiedy wyjeżdżała od taty jechała prosto na ślub Billa i Fleur. Potem była cały czas z Harrym a tu na samym początku trafiła do szpitala.
Powoli otwarła wieko pudełka i jej oczom ukazał się zeszyt z wygrawerowanymi inicjałami C.A. Tymi samymi, które widniały na odwrocie czarno-białej fotografii, którą znalazła za swoim zdjęciem w potłuczonej ramce. Wyjęła zeszyt odkładając na bok pudełko i zaczęła oglądać go z każdej strony nie zaglądając do środka. Miała pewne opory przed otwarciem go. Może w głębi serca obawiała się, ze zawiera on jakieś zakazane treści, których nie powinna znać? W końcu nie bez powodu trzymany była na starym strychu. Steven najwidoczniej chciał go ukryć lub o nim zapomnieć. Hermiona przygryzła wargę. Biła się z myślami. Mimo obaw odczuwała potrzebę przeczytania go. To, że podpisany był tymi samami literami co zdjęcie z tajemniczą a do tego strasznie do niej podobną kobietą nie dawało jej spokoju.
„Raz kozie śmierć”- pomyślała i szybko otwarła zeszyt na pierwszej stronie, żeby się nie rozmyślić. Pomału przejechała dłonią po pożółkłej kartce i zaczęła czytać.

20 Czerwca 1975r.

Niestety musiałam założyć nowy pamiętnik bo poprzedni mi skradziono! Jak dorwę tego żartownisia to zamienię go w gumochłona!
Lecz nie o tym chciałam pisać. Dzisiaj jest przed ostatni dzień szkoły. Wszystkie sprawy załatwione, kufer spakowany, egzaminy zaliczone ( Lilly miała rację, że nie oblejemy). Pozostał już tylko bal i uroczyste wręczenie wyróżnień, już tylko dwa dni i koniec mojej przygody z Hogwartem...


-Hogwart? Była czarownicą?


...Mam dość już tej paplaniny, że teraz to dopiero początek, że zaczynamy nowe życie, że...drzwi do przyszłości stoją dla nas otworem... Chrzanię to! Ja wcale nie chcę odchodzić, chcę zostać. Spędziłam tu 7 wspaniałych, niezapomnianych lat mojego życia. Kocham to miejsce i na pewno będę tęsknić. O przyjaciół się nie martwię. Teri i Josh idą ze mną na studia a Lilly i Jean zostają w Londynie. Przynajmniej na razie.
Jedyną dobrą rzeczą w powrocie do domu jest to, że zobaczę się z rodzicami no i ze Stevenem...


„Tata?!- pomyślała Hermiona- przecież to nie możliwe...


...już nie mogę się doczekać chwili kiedy padnę mu w ramiona i przytulę z całej siły. Tak dawno się nie widzieliśmy. Okropnie się za nim stęskniłam!
Celeste.

23 Czerwca 1975r.


Jestem już w domu. Miło jest znów znaleźć się w tych czterech ścianach na Londyńskich przedmieściach i popatrzeć na ogród pełen niezapominajek. Mama dobrze o niego dbała podczas mojej nieobecności. Jest piękny jak nigdy dotąd.
Muszę przyznać, że cieszę się z powrotu do rodzinnej „posiadłości” Adamsów, jednak tęsknota za Hogwartem nie daje mi spokoju. Kiedy tylko wspomnę bal sprzed 2 dni łezka kręci mi się w oku. Pożegnanie absolwentów było strasznie wzruszające. Nie pamiętam już kiedy uroniłam tyle łez. Wszyscy płakaliśmy i śmieliśmy się na przemian.
Żal mi tylko Syriusza. Biedny robił sobie nadzieje aż do ostatniego dnia szkoły pomimo tego, że wielokrotnie zapewniałam go, iż może łączyć nas jedynie szczera przyjaźń. Kocham Stevena tego nic nie zmieni.
Celeste.

5 Sierpnia 1975r.


Wczoraj wróciłam ze wsi. Byłam tam z Teri u jej babci. To sędziwa czarownica o bardzo specyficznym humorze i wielkim sercu. Było bardzo miło. Ten wyjazd nastawił mnie bojowo! Jestem gotowa stawić czoła nowym wyzwaniom! Tyle, że przede mną jeszcze dwa miesiące beztroskiej zabawy! Jestem w tak dobrym nastroju, że nawet Amanada nie zdołała mi go zepsuć swoimi wrednymi komentarzami! Kocham siostrę ale czasem mam wrażenie, że ona stara się uprzykrzyć mi życie...



-Co?- Hermiona rozdziawiła usta- Amanada? czyżby...mama?- jeszcze raz prześledziła uważnie ostatnią linijkę tekstu. Jak wół widniało tam imię jej rodzicielki. Powoli oderwała wzrok od czytanej strony patrząc tępo na ścianę. Zaczynała kojarzyć fakty.

-Skoro Celeste była siostrą mamy to jest moją...ciotką...- pomyślała biorąc do ręki czarno-białą fotografię- to tłumaczyłoby nasze podobieństwo...- uśmiechnęła się do siebie przejeżdżając palcem po sylwetce na zdjęciu. Ma w rodzinie czarownicę...
-Zaraz- mruknęła nagle pod nosem- to oznacza, że tata był chłopakiem cioci?

Zmarszczyła brwi i wróciła do lektury pragnąc znaleźć odpowiedź na postawione pytanie.

...Może dlatego, że jestem czarownicą a ona nie?...ale przecież ona kocha mugolskie życie a magii nie znosi. Wielokrotnie dawała temu wyraz...nic z tego nie rozumiem...
Celeste.

31 Września 1975r.


No i minęło. Jutro wyjeżdżam na studia. Cieszę się, że zacznę studiować aurorstwo i to wspólnie z Teri, Jean i Joshem! Szkoda tylko, że Lilly i chłopaki zostają w Londynie. Bez nich nasza paczka nie będzie już taka sama. Smutno mi też, że znowu muszę zostawić Stevena. Wiem jednak, że to przetrwamy. W końcu to tylko trzy lata...
A wracając do kochanej Lilly to wydaje mi się, że niebawem otrzymam zaproszenie na ślub jej i James’a. Zawsze wiedziałam, że się kochają. Nawet wtedy, gdy Lilly wściekała się na niego widziałam w jej oczach ten blask...ach...ciekawe kiedy Steven mi się oświadczy? Mam nadzieję, że się tego doczekam. A tym czasem żegnaj Londynie! żegnaj pamiętniczku! jutro wyruszam w świat!
Celeste.



-A więc byli parą...i to na poważnie skoro ciocia myślała o ślubie...Matko, ile tu spraw, o których nie miałam pojęcia- dziewczyna pokręciła głową. W gruncie rzeczy to trochę zmienia jej życie. Okazuje się, że nie jest jedyną wiedźmą w rodzinie, MIAŁA lub MA ciotkę, która znała rodziców Harr’ego...musi mu o tym jak najprędzej powiedzieć...
Poderwała się gwałtownie i zachwiała upadając z powrotem na łóżko. Była jeszcze zbyt słaba. Odetchnęła głęboko kilka razy po czym zerknąwszy z utęsknieniem na drzwi zaniechała kolejnej próby. Nie chciała ponownie wracać do Skrzydła Szpitalnego i słuchać narzekań sfrustrowanej pielęgniarki. Postanowiła zaczekać aż Harry sam się zjawi.
Westchnęła podnosząc z podłogi zrzucony nie chcący zeszyt i otworzyła go w połowie.

18 Września 1979r.


Robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Napady na mugoli wzmagają się z każdym dniem. Zaczynam się bać. Nie o siebie, tylko o najbliższych. Co jeśli Voldemort postanowi ich skrzywdzić?...



-Voldemort?!- krzyknęła Hermiona i natychmiast zatkała usta rękoma w obawie, iż ktoś ją usłyszał.

...Najgorsze jest to, że nawet nie mogę ich obronić, nie wspominając już o sobie. Lada dzień przyjdzie na świat moje dziecko i musze leżeć w szpitalu. Boję się, że ten łajdak postanowi nas skrzywdzić.
Celeste.

20 Września 1979r.


Nie potrafię wyrazić ogromnego szczęścia, które mnie wypełnia! Mam córeczkę! Śliczną, maleńką...moją księżniczkę! Steven jest taki szczęśliwy. W końcu to maleństwo to owoc naszej wielkiej miłości!
Ach...jest taka malutka, bezbronna...prawdziwy aniołek! Tak bardzo ją kocham...moją małą Hemionkę...


Zeszyt upadł z hukiem na posadzkę a tuż za nim ciurkiem popłynęły łzy. Szok, niemoc i zdenerwowanie miotały ciałem dziewczyny. Na twarzy pojawiły się krwiste wypieki, ręce drżały jej nerwowo a nogi odmówiły posłuszeństwa. Przed oczyma wciąż widział trzy ostatnie słowa : „moją małą Hermionkę”, „moją małą Hermionkę”, „moją małą Hermionkę”
-NIE!!!- wrzasnęła upadając na podłogę i chwytając się z całej siły za skroń.

Myślała, że zaraz pęknie jej głowa.
-Nie, to nie możliwe! to nieprawda!- krzyczała jak opętana- Ona nie może być moją matką! to pomyłka! głupi żart!

Łzy lały się strumieniami z jej orzechowych oczu mocząc ubrania i twarz. Mózg odmówił jej współpracy i racjonalnego myślenia. Teraz liczyło się dla niej tylko to, że ją oszukano a jej całe życie to jedne wielkie kłamstwo, jakaś drwina czy zasrana telenowela. Oszołomiona sięgnęła po leżący obok pamiętnik i podniosła go. „To na pewno pomyłka, zbieg okoliczności, literówka!- myślała gorączkowo- zaraz wszystko się wyjaśni”
Otwarła prędko na ostatniej stronie i z trudem zaczęła czytać.

10 Listopada 1979r.


Przed chwilą dostałam wiadomość od Jean. Jest w potrzasku, otoczyli ją śmierciożercy.
W pobliżu nie ma żadnych jednostek aurorów. Jest całkiem sama. Musze jej pomóc. Czekam tylko na Stevena bo ktoś musi zostać z Hermioną. Przed chwilą zasnęła, moja mała księżniczka. Mam nadzieję, że jeszcze do niej wrócę...
- urwała, dalej kartki były puste.

-A jednak to prawda- jęknęła otumaniona Hermiona opierając się bezsilnie o łóżko-

Celeste była moją matką! Nie Amanada!
Ponownie wybuchła gorzkim płaczem rzucając zeszytem w ścianę najsilniej jak mogła.
Dlaczego rodzice ją okłamali? Czemu zataili prawdę? Kto im dał prawo sterować jej życiem?!
Przecież to rzuca zupełnie inne światło na jej dotychczasowy świat! Burzy harmonię i spokój, na których tak bardzo jej zależało!
Nie mogła już znieść tych myśli kłębiących się w jej głowie. To wszystko było takie trudne do przyjęcia. Nie potrafiła, nie chciał się z tym pogodzić.
Zapragnęła uciec, znaleźć się jak najdalej stąd, jak najdalej od tej przykrej rzeczywistości i przestać wreszcie myśleć! To było ponad jej siły. Czuła, że musi wyjść z tego pomieszczenia inaczej zwariuje.
Pomału dźwignęła się na nogi i chwiejnym krokiem doszła do drzwi. Jednym ruchem pociągnęła za klamkę i wyszła z pokoju. Po omacku dotarła do schodów, gdyż oczy zaszły jej łzami przysłaniając drogę. Trzęsąc się zaczęła schodzić na dół podpierając się ściany. Gdy była prawie na miejscu potknęła się i runęła z kamiennych stopni.
-Auł...-zawyła z bólu turlając się po czerwonym dywanie.

Była tak oszołomiona, że nie miła już pojęcia czy rzeczywiście się zraniła czy to cierpienie na duszy tak jej doskwiera.
-Hermiona!- usłyszała donośny, męski głos dochodzący zza sofy.

Mrugnęła nerwowo i ujrzała nad sobą zmartwioną twarz Harr’ego.
-Matko! Hermionko nic ci nie jest?!

Dziewczyna zaczęła kręcić głową i płakać rzewnie szarpiąc go za koszulę.
-Harry- załkała- Harry...

Zaniepokojony tym widokiem trochę spanikował. Nie wiedział co ma począć.
-Spokojnie- szepnął- już dobrze.

-Ona nie jest moją matką!- ryknęła nagle- okłamywali mnie! Słyszysz?! Oszukali!
-Hermiona co ty mówisz?

-Czytałam pamiętnik! Wciskali mi kit przez siedemnaście lat!
-Kochanie, jaki pamiętnik?

-Jej! Mojej matki! Celeste Adams!!!
Harry usiadł z wrażenia pocierając czoło. Był wstrząśnięty tym co słyszał i widział. Był przekonany, że Hermiona nie wyssała tego z palca ale trudno było mu w to uwierzyć.
Ona natomiast nie przestawała płakać. Łzy padały jej z oczu jak groch.
-Uspokój się- powiedział czule próbując ją przytulić jednak odepchnęła go.

-Ona była wiedźmą! Aurorem!- krzyczała w napadzie histerii okładając go pięściami po torsie- walczyła z Voldemortem!!!
Harry nawet nie drgnął. Nie bronił się przed uderzeniami dziewczyny tylko stał jak kołek przyjmując każdy kolejny cios. Imię mordercy jego rodziców wywołało w nim gniew. Poczuł jak ogarnia go nienawiść i chęć zemsty. Postanowił jednak zapanować nad emocjami. Hermiona była w o wiele gorszym stanie i potrzebowała wsparcia. Na tamto przyjdzie jeszcze czas. Teraz najważniejsza była ona. Zamknął oczy znosząc zaciśnięte pięści na swej klatce piersiowej. Musiała się wyładować i odreagować nagromadzoną złość. Był pewien, że to jej pomoże więc bez wahania zamienił się w worek treningowy.
-Nienawidzę rodziców! Miałam prawo wiedzieć!- wrzeszczała z całej siły bijąc

chłopaka- NIENAWIDZE!!!
Upadła dysząc ciężko. Bezsilność i rozżalenie przewodziły jej uczuciom. Nie miała siły dalej płakać czy nawet myśleć. Czuła się jakby ominęło ją w życiu coś ważnego, coś co nigdy już nie wróci.
Harry nie mógł na to patrzeć. Serce mu się krajało gdy widział jej cierpienie.
Przysunął się bliżej niej i objął ją ramieniem. Ona zaś spojrzała na niego przez zapuchnięte oczy i padła mu w ramiona łkając cicho. Przytulił ją mocno całując w czoło.

-Przez całe życie myślałam, że jestem kimś innym- szepnęła ochrypłym od krzyków głosem. –Dla mnie zawsze będziesz tą samą Hermioną, moją Hermioną...kocham cię.

Powoli zbliżyli do siebie swe usta i złączyli je w czułym pocałunku. Hermiona czuła, że ma w nim oparcie i zrozumienie i była mu za to dozgonnie wdzięczna.
Wtem dobiegł ich łoskot spadających ksiąg. Raptownie oswobodzili się z wzajemnego uścisku i spojrzeli w stronę dziury pod portretem. To co ujrzeli zmroziło im krew w żyłach.
W wejściu stał Ron świdrując ich zabójczym wzrokiem. Cały czerwony, z zacięciem na twarzy ściskał w dłoni zwitek pergaminu. Zdawał się zaraz eksplodować.
Harry i Hermiona poczuli jak bicia ich serc nabierają tempa. Dziewczyna była sparaliżowana zaistniałą sytuacją i strachem. Ich tajemnica wyszła na jaw.
Ronald pokręcił głową i zaczął się cofać.
-Ron!- krzyknął Harry- poczekaj! Daj wytłumaczyć!

Lecz dla niego wszystko było jasne. Okłamali go. Ukrywali przed nim swój związek i pewnie mieli z niego niezły ubaw. Nie chciał dłużej na nich patrzeć. Odwrócił się gwałtownie i wybiegł.
-Ron!- Harry poderwał się- Ron!

Nie słuchał. Pełen gniewu i rozczarowania pędził ile sił w nogach.
Potter załapał się za głowę i spojrzał na skuloną na dywanie Hermionę. Ona zamknęła zapłakane oczy i odwróciła twarz w bok.
Reakcja Weasley’a mówiła sama za siebie: właśnie stracili przyjaciela.

~**~**~**~


Biegł przed siebie na oślep. Nie wiedział dokąd zmierza i wcale go to nie obchodziło. Czuł tylko żrący gniew, który palił go od środka. Był wściekły, że go okłamali. Oni, jego przyjaciele. Jak mogli? Przecież przyjaciół się nie oszukuje. Czy w takim razie można wogóle nazwać ich „przyjaciółmi”? Nie mógł tego znieść. Cały kipiał ze złości. Jeżeli zaraz czegoś nie zrobi pęknie.
W szale dobiegł do holu szkoły i jak burza wpadł do Wielkiej Sali. Z daleka dojrzał siedzące przy stole gryfonów Ellien i Ginny i nie zważając na innych uczniów przepchnął się brutalnie w ich stronę.
-Zadrwili z nas!!!- wybuchł uderzając pięściami w stół.

Dziewczyny podskoczyły z wrażenia.
-Ron nie krzycz tak- powiedziała Ellie.

Ginny przytaknęła jej. Chłopak prychnął pogardliwie.
-Co się stało?- spytała stanowczo Ell.

-Co się stało?!!!- powtórzył poirytowany- Co się stało?!!!
-Ciszej- skarciła go.

Ron ponownie trzasną z impetem w blat stołu wszczynając ogólne zainteresowanie. Nie dbał o to, że wszyscy mu się przyglądają. Interesowało go tylko to, że został oszukany i na tym skupiał całą swoją uwagę.
-Powiedz wreszcie o co chodzi...

-Chcesz wiedzieć?!!!
-Chcemy- wtrąciła twardo Ginny.

-HARRY I HERMIONA SĄ RAZEM!!!!!
Zapanowała cisza. Wszyscy uczniowie wymienili zdziwione spojrzenia. Potter i Granger? Szkolny przystojniak i kujonka? Parą? Toż to absurd...przyjaciele owszem ale para?...
Rozjuszony Ronald oparł się rękoma o stół i spuścił głowę głośno dysząc. Ellie podniosła się z siedzenia patrząc na niego z iskrą przerażenia w oczach.
„A więc się dowiedział...biedna Hermiona, pewnie im na wyrzucał...”
Przełknęła głośno ślinę. Chciała go jakoś udobruchać lecz nie miała na to pomysłu. Bała się, że zaraz znów wybuchnie i w napadzie szału wywoła jeszcze gorszy zamęt i powie coś czego będzie żałował. Nie mogła na to pozwolić. Chciała go powstrzymać przed popełnieniem kolejnego głupstwa.
-Ron...-szepnęła.

Chłopak podniósł na nią wzrok. Jego brązowe oczy płonęły żarem.
-Ron...

-Nie rusza cię to?!!!- przerwał jej- Oni nas okłamali!!!
-Ron, posłuchaj...

-Nie Ell! To ty posłuchaj! Cały czas świecili nam w oczy a tym czasem parzyli się jak króliki!!!
-To nie tak...

-A jak?!!! Nasi najlepsi przyjaciele łgali jak z nut a my jak te osły we wszystko im wierzyliśmy!!! Ciekawe ile to już trwa!!! Rok, dwa...
-Ponad pół miesiąca...

Ronald osłupiał.
-Ty-ty wiedziałaś?- wyjąkał.

Ellien pokiwała głową.
Nie, tego już nie zniesie... Ona też go oszukała? Ona? Kobieta, którą uwielbiał? Którą wyniósł ma piedestał? Którą pokochał nad życie?
-Wiedziałaś?- jęknął- wiedziałaś i NIC MI NIE POWIEDZIAŁAŚ?!!!

-Nie mogłam! Obiecałam!
-Jesteś taka sama jak oni!!! Idź do diabła!!!!

Ellie otwarła usta chcąc wytłumaczyć jednak Ron nie dał jej szansy. Prychnął patrząc na nią z pogardą i puścił się biegiem w stronę drzwi frontowych.
Nie wołała za nim. Pozwoliła by odszedł i pobył w samotności. Była pewna, że gdy emocje opadną będzie pluł sobie w brodę za tę szopkę na forum całej szkoły.






komentarze [32]



"Alert" >>
niedziela, 25 lutego 2007
15:45:11
hejka!
Nie lubie tego pisać ale niestety jestem zmuszona... :
przykro mi ale notki nie będzie, przynajmniej narazie. Nie mam czasu dokończyć tego rozdziału bo moi bezwzględni nauczyciele mają co rusz lepsze pomysły jak uprzykrzyć mi życie... wydaje mi się, że im się nudzi albo wyrzywają się za swoje niepowodzenia z przeszłości... łapserdaki jedne no...
Chciałam ją dodać w ten weekend ale niestety musze kuć na dwie OGROMNE prace klasowe, odpowiedź ustną i jeszcze musze naskrobać wypracowanie o jakiś bzdurach...rany czuje się jak na spowiedzi w konfesjonale :P
Tak czy owak: "kicha" :\
a wy moi drodzy musicie poczekać...wiem, że to okrutne bo i tak już długo każe wam czekać ale nic na to nie poradzę, siła wyższa.
No i faktycznie przyznam się jak na tej spowiedzi, że wena też mnie opuściła...ale tym razem to nie wina nauczycieli (upiekło się ich ha!)
to przez taki jeden... "okaz" męskiego gatunku ( czyt. niedorozwinięte stworzenie) oczywiście zwracam honor niektórym przedstawicielom tego że gatunku :) postarali się w czwartek ( czyt. 8 marca)
A więc dozobaczenia za....niewiem za ile...cierpliwości a napewno nie pożałujecie :)




komentarze [17]



Rocznica >>
niedziela, 14 stycznia 2007
17:28:49
Ech.....moje ludki kochane, no co ja moge napisać?
nie wyrobiłam się i tyle....dzisiaj mija rok jak założyłam tego bloga :)
chciałam dodać nowy rozdział z tej okazji ale jestem dopiero w jego pierwszej połowie :( to wszystko przez tą zasraną szkołę...człowiek męczy sie do utraty tchu a i tak gówno z tego ma...no cóż....taka jest cała filozofia naszej egzystencji..."szkoła"...eee.....a do tego kochani, nie mam czasu komentować waszych notek...bardzo was przepraszam ale nie daje rady, nie mam nawet czasu napisać własnej notki :( może jak bede chora to znajde troche czasu a teraz ponoć jakis wirus grypy panuje to może się za mnie weźmie, nie chcę obiecywać ale chciałabym dodać nowy rozdział w styczniu, niewiem może się uda, chociaż i tak pewnie nikogo to nie interesuje....ja tam świętuje :) w końcu to rocznica :)
3majcie się :* papa :)
MaRcIa


19.02.2007r.

Moi drodzy, naprawde przepraszam za te opóźnienie, notka miła już być 2 tygodnie temu! dodam ją w tym tygodniu, najszybciej jak tylko zdołam!
BUZIAKI :*




komentarze [25]




Licznik
Naszą historię czytało już wielkich Czarodziei lub zwykłych Mugoli

Ja

Dodaj do ulubionych

Moje Magiczne Ja


*`* Powiadamiani *`*
Elkus

Zycie-to-bajka-a-czasem-koszmar

Pewna historia




Magiczna Księga
Zobacz
Wpisz się



*`* Spis Treści *`* Rozdział I "Koszmary"
Rozdział II "Niespodzianki losu"


Nasza Historia
2006
styczeń (3)
luty (1)
marzec (3)
kwiecień (1)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2007
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)
lipiec (1)
wrzesień (1)
listopad (1)

2008
styczeń (1)
kwiecień (1)
lipiec (1)
sierpien (2)
listopad (2)



Pryzjaciele, Sprzymierzeńcy i Zakon Feniksa
Przyjaciele
elkusdodatki-hphermiona-granger-storyhermiona-opowiadanieszablon-blogowyhp-szablonyhermiona-mionatrud-miloscisandglass-of-dreamshory-portierkarenthe-carrowsjenne-olsenamor--vincit--omniapewnahistoriadodatki-stencilniemoralnemy-friend-lonelinesshp-studioszablonistkihermione-grangereleanor-rigby

Sprzymierzńcy


Zakon Feniksa


Szablon
Szablon wykonała Gabrielle